Reklama

Reklama

Tokio 2020

Tokio 2020. Mateusz Rudyk: Nie mogę sobie pozwolić na przerwę

Kolarz torowy Mateusz Rudyk trenuje w swoim domu nawet po cztery godziny dziennie, mimo że igrzyska olimpijskie w Tokio przełożono na rok 2021. - Nie mogę sobie pozwolić na przerwę – powiedział czwarty sprinter niedawnych mistrzostw świata w Berlinie.

Jak przyjął pan wiadomość o przełożeniu igrzysk na rok 2021?

Reklama

Mateusz Rudyk: Już wcześniej uważałem, że jest duże prawdopodobieństwo przełożenia igrzysk z powodu pandemii koronawirusa. Tak naprawdę czekałem tylko na oficjalną informację. Z jednej strony rozumiem decyzję MKOl i uważam, że jest to najlepsze wyjście w sytuacji, w jakiej znalazł się świat. Głupotą byłoby organizować igrzyska w tym roku. Z drugiej strony - trochę przykro, bo przygotowywałem się cztery lata do tej jednej imprezy. Teraz trzeba zmienić cały cykl treningowy, by za rok być gotowym ze szczytem formy. Są plusy i minusy tej decyzji. Ważne, że w Berlinie zdobyliśmy kwalifikację olimpijską dla drużyny sprinterskiej.

Mistrzostwa świata w Berlinie odbywały się w specyficznych warunkach: tor podziemny, sztuczna wentylacja hali i zawodnicy stłoczeni w boksach na środku welodromu, a wśród nich Chińczycy, Włosi. Czy po powrocie z Niemiec miał pan test na obecność koronawirusa?

- Nie było takiej potrzeby. Na początku marca nie wiedzieliśmy jeszcze dużo na ten temat (mistrzostwa w Berlinie zakończyły się 1 marca, trzy dni przed pierwszym przypadkiem zakażenia wykrytym w Polsce - przyp. red.). Po powrocie do kraju dostaliśmy tydzień wolnego, rozjechaliśmy się do domów. Nikt z naszej ekipy nie miał niepokojących objawów. Ani podwyższonej temperatury, ani duszności czy suchego kaszlu. Nie było więc powodu, by przechodzić testy. Jestem w kontakcie z trenerem i z kolegami. Wszyscy jesteśmy zdrowi, siedzimy w domu.

Nie zaniedbuje pan treningów?

- Nie zaniedbuję. Dzięki uprzejmości gospodarzy Areny Pruszków pożyczyłem wattbike, sztangę i urządziłem sobie małą siłownię. Wiadomo, że w najbliższych dniach z powodu epidemii nie wolno opuszczać domów bez ważnych powodów. A dwa tygodnie bez trenowania to w naszej dyscyplinie przepaść. Nie mogę sobie pozwolić na przerwę, jeśli chcę za rok powalczyć na igrzyskach. Muszę podtrzymywać to, co już wypracowałem. Trenuję raz albo dwa razy dziennie po dwie godziny.

Warunki lokalowe pozwalają na to?

- Mam duży balkon. Postawiłem na nim wattbike i kręcę pedałami. Jest fajnie, ładna pogoda. Trenuję na świeżym powietrzu.

A jak pan znosi przymusową izolację?

- Staram się nie wychodzić z domu. Wcześniej zrobiłem z moją dziewczyną duże zakupy, mam też zapas insuliny (Rudyk jest cukrzykiem - przyp. red.). Dzięki systemowi e-recepty mogę w każdej chwili napisać do mojego lekarza, aby wypisał mi właściwą receptę i potem zrealizować ją w aptece.

Najbliższe plany sportowe?

- Ciężko o nich mówić. Świat stanął w miejscu i trzeba to zaakceptować. Nie wiemy, kiedy wrócimy do ścigania, kiedy będą pierwsze zawody i czy w ogóle w tym roku. Wszystko zależy od tego, kiedy uda się opanować pandemię. Do początku czerwca wszystkie imprezy w kolarstwie torowym są odwołane. Może w czasie wakacji coś się wykluje? Jednak bardziej nastawiam się na to, że powrócimy do rywalizacji dopiero pod koniec roku.

Rozmawiał: Artur Filipiuk 

Dowiedz się więcej na temat: Mateusz Rudyk