Reklama

Reklama

​Tokio 2020. Demony Pawła Fajdka

Nie ma sportowca w Tokio, na którego start, i to już w kwalifikacjach olimpijskich, czekaliśmy w większym napięciu. Paweł Fajdek znów zafundował nam dreszczowiec, ale już ze szczęśliwym zakończeniem. Czterokrotny mistrz świata awansował do finału igrzysk pierwszy raz w karierze.

Obraz polskiego kolosa leżącego twarzą do ziemi to jedno z najbardziej dramatycznych wspomnień igrzysk w Rio de Janeiro. Dlaczego właśnie tak? Dlaczego akurat wtedy? - pytaliśmy nie rozumiejąc co się dzieje.

Tokio 2020. Polskie młoty

Nie jestem specem od rzutu młotem, ale historia poruszyła mnie jak nas wszystkich. Zdecydowanie największy specjalista w swojej konkurencji nie dostał się finału igrzysk przegrywając rywalizację z 16 zawodnikami teoretycznie słabszymi od siebie. Przecież rzut młotem to nie ruletka!

Początek osobistego dramatu Fajdka miał miejsce już na igrzyskach w Londynie. W 2012 roku Polak był jednak tylko młodzieżowym mistrzem Europy i kandydatem na gwiazdę w swojej dyscyplinie. Cztery lata później do startu w Rio przystępował jako dwukrotny mistrz świata, zawodnik nie mający sobie równych. Znów przepadł w kwalifikacjach, które są dla sportowca jego klasy zaledwie maturą. Stres narastał z wielką siłą.

Reklama

Po brazylijskich igrzyskach Fajdek obronił tytuł mistrza świata w Londynie w 2017 roku i w Doha dwa lata później. Jest w swojej dyscyplinie tym, kim Anita Włodarczyk w konkurencji kobiet. W jakiś niezrozumiały sposób drogi obydwojga rozchodzą się podczas igrzysk. Polska zadebiutowała w 2008 roku Pekinie czwartym miejscem, a potem w Londynie i Rio wzięła olimpijskie złoto. W Tokio walczy o trzecie.

Tokio 2020. Fajdek i olimpijskie marzenie

Nad Fajdkiem zawisło fatum. W Japonii znów zaczął kwalifikacje od dwóch słabych rzutów. Gdy dramat wisiał w powietrzu, a jego los ważył się w ostatniej próbie, przyszło przełamanie. To nie był rzut doskonały, ale być może najważniejszy w życiu. 76,46 metra dało Polakowi piąte miejsce w finale A i prawo walki w środę o olimpijski medal.

"Zrobiłem, co było w mojej mocy i wydaje mi się, że na ile mogłem, pokonałem swoje demony" - skomentował Fajdek. Dodał, że takiego stresu nie przeżył nigdy w życiu.

W środę od godziny 13,15 polskiego czasu będziemy śledzić jak polski gigant wsparty Wojciechem Nowickim bije się o swoje olimpijskie marzenie. Nowicki ma trzy brązowe medale MŚ i taki sam wywalczony na igrzyskach w Rio. Wtedy musiał zastąpić bardziej utytułowanego kolegę, teraz będą się wspierać.

Po traumatycznych doświadczeniach z Londynu i Rio Fajdek przetrwał i odnalazł w sobie siłę. Czuję ulgę i głęboką radość jako kibic.

Dariusz Wołowski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje