Reklama

Reklama

Tokio 2020. Alicja Rosolska: Na igrzyskach mogę trochę... odespać

Alicja Rosolska podczas igrzysk w Tokio mierzy się z rozłąką z siedmiomiesięcznym synkiem, ale dostrzega też plus tej sytuacji. "Mogę trochę... odespać" - przyznała w rozmowie z PAP specjalizująca się w deblu tenisistka, która woli olimpijskie złoto niż triumf wielkoszlemowy.

Jakie są pani pierwsze wrażenia z obiektu Ariake Tennis Park, na którym za trzy dni rozpocznie się olimpijska rywalizacja?

Mamy do niego dość blisko z wioski olimpijskiej. Znamy go dobrze za sprawą odbywającego się tu regularnie turnieju WTA, choć ja akurat ostatnio grałam tutaj kilka lat temu (w 2017 roku - PAP) i od tego czasu wygląda on inaczej. Jest teraz bardziej rozbudowany.

Pod koniec grudnia po raz pierwszy została pani matką, ale już pięć miesięcy później wróciła do gry. Powodem były igrzyska?

Chciałam być na nie gotowa, bo inaczej bym zaczęła po nich. Wówczas mogłabym wykorzystać swój "special ranking" na 12 turniejach, a do tego potrzebny był rok przerwy, a przez pandemię COVID-19 okres mojej przerwy zaczął się liczyć dopiero od momentu, gdy wznowiona została w poprzednim sezonie rywalizacja (ostatni start w 2020 roku Rosolska zaliczyła w lutym - PAP), czyli w sierpniu. Pechowo wypadło, bo równo rok minie właśnie jak skończą się igrzyska. Gdybym zaczęła dopiero od igrzysk, to i tak brakowałoby mi dwóch tygodni i "specjalny ranking" mogłabym wykorzystać w ośmiu imprezach. Wiedziałam jednak, że jeśli będzie opcja, to i tak będę chciała jechać na igrzyska, więc uznałam, że lepiej zacząć wcześniej grać, póki mam jeszcze jakiś ranking.

Reklama

Powrót chyba nie należał do łatwych - w pięciu występach wygrała pani tylko raz...

Moim pierwszym startem było French Open. Wcześniej jeszcze nabawiłam się kontuzji i wiedziałam, że nie jestem w formie. Ale im więcej meczów grałam w okresie poprzedzającym igrzyska, tym bardziej czułam - nawet jeśli pojedynek był przegrany - że forma powraca. Dlatego zaraz po Wimbledonie pojechałam od razu zagrać jeszcze parę meczów do Niemiec. Chciałam być jak najbardziej ograna przed igrzyskami.

Gdzie i kiedy oglądać Polaków w Tokio - Sprawdź teraz!

Na czym polegał uraz, o którym pani wspomniała?

Najpierw miałam problemy z łokciem. Okazało się, że było to związane z noszeniem malucha. Dokuczało mi to przy wykonywaniu ruchów, nie mogłam serwować. Potem wysiadło kolano - słyszałam, że często u kobiet zbiera się tam płyn, gdy zaczyna podnosić ciężary i trenować. Musiałam więc znów przystopować. Na kolejnych turniejach dochodziłam do formy i mam nadzieję, że na igrzyskach będzie dużo, dużo lepiej.

U tenisistów dość częsta jest rezygnacja z udziału w zmaganiach olimpijskich. Argumentują oni, że ich kalendarze są przepełnione. Pani specjalnie przyspieszyła powrót do gry, by zagrać teraz w Tokio... Skąd takie nastawienie?

Śmiejemy się, że jestem jedną z zawodniczek starszej daty, dla których igrzyska naprawdę mają znaczenie. Wolałabym wywalczyć olimpijskie złoto niż tytuł wielkoszlemowy. Ten olimpijski jest dla mnie bardziej wartościowy. Igrzyska są raz na cztery lata, teraz nawet raz na pięć, tak wyszło. Chodziłam do klasy lekkoatletycznej i trenowałam też ten sport. Zawsze na obozach oglądaliśmy różne zawody i zawsze oglądało się igrzyska, ceremonię otwarcia, itd. Jako dziecko starałam się za wszelką cenę wytrwać do wieczora, by obejrzeć otwarcie. Igrzyska to igrzyska. Wiem, że przez cały rok gramy i że zawsze mam obok nazwiska napisane "Polska", ale to jednak zupełnie inaczej, bo występuję zwykle jako Rosolska, a nie jako Polska. Puchar Billie Jean King, czyli dawny Fed Cup i igrzyska to zawody, podczas których naprawdę możemy reprezentować kraj.

Synek jest z panią w Japonii czy został w kraju?

Właśnie nie jest. Musiałam zostawić go w domu. Pięć dni przed wylotem do Tokio słyszałam, że Międzynarodowy Komitet Olimpijski i organizatorzy zgodzili się, by kobiety karmiące piersią mogły wciąż swoje maluszki na igrzyska. Ale byłoby ciężko, bo nie mieliśmy tylu akredytacji. Ja nawet nie mogłam zabrać swojego trenera. Jestem więc tu pod opieką Dawida Celta (trenera Magdy Linette i reprezentacji Polski w Pucharze Billie Jean King - PAP). Nawet jakbym mogła wziąć Charliego ze sobą, to nie miałabym go z kim zostawiać, gdy będę grała mecze. Rozmawialiśmy z mężem o tym. Słyszałam, że długo czekało się na lotnisku po przylocie, nawet 4-5 godzin, do tego długi lot. Stwierdziliśmy, że mimo wszystko będzie dla dziecka lepiej, jeśli zostanie w domu.

Tęsknota bardzo pani dokucza?

Szczerze mówiąc, to na razie tyle się dzieje, mam dużo treningów... I tak naprawdę dopiero teraz czuję, że mogę też trochę... odespać. I energia szybko powraca, bo wiadomo, że człowiek wyspany ma jej więcej. Mogę dużo więcej czasu poświęcić rozgrzewkom i regeneracji. Jestem dużo bardziej skoncentrowana na treningach i przygotowaniu do meczu. Poza tym w wiosce olimpijskiej się dużo dzieje, więc aż tak bardzo nie tęsknię. Ale wieczorami, jak już się dzień kończy... Na początku w nocy cały czas mi się śniło, że synek jest obok mnie. Patrzyłam, czy z lewej, czy z prawej strony, czy odłożyłam go do łóżka. Potem się budziłam i mówiłam: "jejku, przecież nie ma go ze mną". Więc wieczorami bardziej za nim tęsknię, ale mąż cały czas przysyła mi zdjęcia. Bardzo dobrze sobie radzi. Są też moi rodzice, rodzina męża przyjechała, żeby pomóc, moja siostra też przyjeżdża. Cały czas widzę, że obok Charliego jest 500 osób z rodziny, więc na pewno jest mu dobrze.

W Tokio rozmawiała Agnieszka Niedziałek

an/ pp/

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama