Reklama

Reklama

Siatkówka. Waldemar Wspaniały po porażce Polski: Dostaliśmy po głowie, i to mocno

- Zabrakło nam pokory. Trener i niektórzy zawodnicy cały czas mówili, że jedziemy na igrzyska tylko po złoty medal. Niestety sport jest brutalny. W tak ważnym meczu, najważniejszym dla całej polskiej siatkówki, nie może grać zawodnik, który ma problemy ze zdrowiem. Niestety ktoś podjął taką decyzję - twierdzi w rozmowie z Interią Waldemar Wspaniały, były selekcjoner siatkarskiej reprezentacji Polski. “Biało-Czerwoni” we wtorek przegrali z Francją i po raz piąty z rzędu odpadli w olimpijskim ćwierćfinale.

Damian Gołąb, Interia: Ochłonął pan już trochę po porażce z Francją?

Waldemar Wspaniały, trener siatkarskiej reprezentacji Polski w latach 2001-2003: Szczerze mówiąc nie do końca. Byłem w siedzibie związku (Polskiego Związku Piłki Siatkowej - przyp. red.), można wyobrazić sobie, jaka jest tam atmosfera. Do tego Warszawa płacze, deszcz pada, łzy się leją ze wszystkich stron. Smutek. Nie tak miało być.

Porażka boli chyba tym bardziej, że w przeciwieństwie do igrzysk w Rio de Janeiro czy Londynie, tym razem ćwierćfinałowi rywale nie byli wyraźnie lepsi od Polski. “Biało-Czerwoni" przegrali po tie-breaku, ale mieli chyba wszystko, by wygrać ten mecz?

Reklama

- Mieliśmy wszystko, ale to samo mogą powiedzieć Francuzi. Przecież niedawno przegraliśmy z nimi w Lidze Narodów, a chyba o tym zapomnieliśmy. Nie można tego zespołu traktować jak Kanadę, Japonię czy Wenezuelę, to ścisła światowa czołówka. Grają tam bardzo dobrzy zawodnicy, udowodnili to zresztą w meczu z Polską. Wcale nie są gorsi od niektórych naszych siatkarzy. Poza tym Francuzi grali bardzo mądrze taktycznie, mieli swój dzień. W piątym secie nas stłamsili. Nie przegraliśmy z byle kim. Szacunek dla Francuzów, smutek dla nas.

Zabrakło nam pokory. Trener i niektórzy zawodnicy cały czas mówili, że jedziemy na igrzyska tylko po złoty medal. Niestety okazuje się, że czasami trzeba się zastanowić. Sport jest brutalny. Można jechać na imprezę z nadziejami, ale czasami trzeba to po prostu przemilczeć i zrobić swoje, zdobyć medal. Niestety zapowiedzi i deklaracje to nie jest to. Bardzo szybko spuszczono nas na ziemię.

Polska - Francja. "My mieliśmy dwóch zawodników, a Francuzi sześciu czy siedmiu"

Dwóch polskich zawodników, Bartosz Kurek i Wilfredo Leon, zagrało z Francją na bardzo dobrym poziomie. Okazało się jednak, że nawet dwóch ludzi z wysoką formą w ataku to zbyt mało, by wygrać olimpijski ćwierćfinał.

- My mieliśmy dwóch zawodników, a Francuzi sześciu czy siedmiu. Taka jest brutalna prawda. Przeglądałem statystyki z tego meczu i w każdym elemencie, może poza zagrywką i przyjęciem, Francuzi po prostu byli lepsi. Atak, obrona, kontrataki... Niestety, taka jest prawda. Niczego nie da się tu oszukać, wyszło czarno na białym. Rywale mieli zespół, u nas tego zespołu nie było widać. Do tego dochodzą różne decyzje personalne. Moim zdaniem w tak ważnym meczu, najważniejszym dla całej polskiej siatkówki, nie może grać zawodnik, który ma problemy ze zdrowiem. Niestety ktoś podjął taką decyzję i to też miało jakiś wpływ na to, co się działo.

O składzie decyduje trener Vital Heynen.

- Wiadomo, kto podejmuje decyzje. Nie chodzi o to, by teraz się mądrzyć czy krytykować. Ale niektórych spraw nie można przemilczeć. Pięć lat pracy całego środowiska - zawodników, trenera, związku - a niestety, za przeproszeniem, wszystko poszło w łeb. Dostaliśmy po głowie, i to mocno. Jako człowiek siatkówki, były trener reprezentacji i klubów, oczekiwałbym od trenera jakiejś analizy. Także od kapitana, którego po ćwierćfinale nie widziałem. Do mediów zostali wysłani przede wszystkim młodzi chłopcy, a kapitana niestety nie było. Coś jest nie tak.

Do Polski dotarły obrazki z Michałem Kubiakiem, który załamany przeszedł przez strefę wywiadów. Po porażce w ćwierćfinale igrzysk w Londynie Marcin Możdżonek, kapitan ówczesnej kadry, cierpliwie rozmawiał z dziennikarzami.

- Teraz wypowiadali się też Bartek Kurek czy Fabian Drzyzga. Ale rola kapitana nie kończy się tylko na boisku czy w szatni, polega również na rozmowach i tłumaczeniu pewnych spraw mediom i kibicom. Nie podoba mi się, że znów powtarza się: “Polacy, nic się nie stało". Tak nie może być. Sam w czasie prowadzenia reprezentacji przeżyłem tragedie, porażki. Wiem, jak to boli, jaki to jest smutek. Trzeba jednak być "kozakiem" i na boisku, i poza nim.

Wracając do trenera Heynena - niemal z każdej z poprzednich imprez przywoził medal. Ale jednak to igrzyska były jego największym celem. Stwierdził pan, że potrzebna będzie analiza, pewnie jakiś raport z igrzysk. Jaka przyszłość może czekać trenera? Jego kontrakt wygasa po wrześniowych mistrzostwach Europy.

- Za półtora miesiąca w związku będą wybory, nowy zarząd, nowy lub stary prezes. To ci ludzie podejmą decyzję o tym, czy Heynen zostanie, czy będzie zmiana. Oczywiście będzie to też w jakimś stopniu uzależnione od wyniku na mistrzostwach Europy. Ale tylko przypomnę, że naszą najważniejszą imprezą pięciolecia były igrzyska olimpijskie. A skończyło się niestety tak, jak się skończyło.

Siatkówka. Co dalej z Vitalem Heynenem?

Dla wielu polskich zawodników turniej w Tokio miał być ukoronowaniem kariery, przygotowywali się do igrzysk w Tokio właściwie przez trzy lata. Potencjał polskiej siatkówki jest jednak duży, wszyscy eksperci podkreślają siłę szerokiego składu. Czas na zmiany w kadrze?

- Żal mi starszych chłopaków. Niektórzy teraz, za rok czy dwa, będą powoli kończyć kariery. Ale jestem spokojny o przyszłość polskiej męskiej siatkówki. Mamy potencjał. Wielu chłopaków, którzy zostali w kraju, z powodzeniem mogło jechać na igrzyska. Trener wybrał jak wybrał. Jestem jednak spokojny, że nadal będziemy w czołówce światowej.

Za niespełna miesiąc rusza kolejny turniej, mistrzostwa Europy rozgrywane w dużym stopniu na polskich parkietach. Jak pozbierać drużynę? Było widać, że część zawodników jest po odpadnięciu z igrzysk kompletnie załamana.

- Trudno im się dziwić. Dla niektórych to była impreza życia, pracowali na nią pięć lat. Po ludzku żal tych chłopaków. Wiem, ile to kosztuje zdrowia psychicznego i fizycznego. Przed ME decyzję podejmie trener, po konsultacji z wydziałem szkolenia. Podejrzewam, że w końcu będzie taka konsultacja. Kto będzie grał na ME? Zobaczymy. Na pewno będą zmiany, poza tym na tym turnieju gra 14 zawodników, będzie więc dwóch nowych. Podejrzewam, że trzon kadry, najważniejsi gracze zostaną. Impreza jest rozgrywana w Polsce, finały w Katowicach. Trzeba uszanować kibiców, to dla nich się pracuje i gra.

Turniej w Tokio, choć niestety już bez polskiej reprezentacji, nadal trwa. W grze zostały cztery drużyny. Kogo widzi pan w roli głównego faworyta do złota?

- Od początku stawiałem na Brazylię. Liga Narodów pokazała, że grają piękną siatkówką. W Tokio jest trochę gorzej, mieli problemy. Zresztą mecze w tamtej grupie pokazały, że nasza była spacerkiem. Nadal stawiam na Brazylię, ale jestem ciekaw półfinałów, zwłaszcza jej starcia z Rosją. To będzie wydarzenie. Widać, że zespół rosyjski przygotowywał się wyłącznie do igrzysk olimpijskich i gra bardzo dobrze. W pięknym stylu pokonał w grupie Brazylię. Rewelacją jest też Argentyna. Ich skład, poza atakującym Bruno Limą, niewiele się zmienił. Ale grają świetnie, rozegrali wspaniały, bardzo ważny mecz o awans z grupy z Amerykanami. Wielki szacunek dla tych chłopaków. To doświadczony zespół z Luciano De Cecco, który w tej chwili jest być może najlepszym rozgrywającym na świecie.

IO: szanse medalowe, wyniki, informacje. Bądź na bieżąco

Rozmawiał Damian Gołąb

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje