Reklama

Reklama

Przychodzi kobieta do lekarza i... zdobywa medal. Niesamowita historia Jolanty Ogar

- Pomyślałam, że koleś zwariował. Nawet nie wiedziałam skąd wiatr wieje - mówiła kiedyś w wywiadzie Jolanta Ogar, która jako siatkarka trafiła po kontuzji do ortopedy. A ten zaczął ją namawiać na... żeglowanie. - Dzisiaj historia zatoczyła koło, które zaczęło się w 2005 roku, gdy młoda, wysoka dziewczyna trafiła do gabinetu wariata, który z siatkarki chciał zrobić żeglarkę - mówi dr Witold Dudziński, lekarz kadry narodowej.

Historia zdobycia srebrnego medalu olimpijskiego przez kobiecy duet w klasie 470 Agnieszka Skrzypulec - Jolanta Ogar-Hill jest tak niesamowita, że aż trudno w nią uwierzyć. Po pierwsze dlatego, że obie panie żeglowały kiedyś wspólnie, ale po igrzyskach w Londynie się rozstały, a Jolanta Ogar zaczęła reprezentować Austrię i osiągała sukcesy z mistrzostwem świata włącznie. A później wróciła do Polski i znów stworzyła mistrzowską załogę z Agnieszką. Tyle że gdyby igrzyska nie zostały przełożone, Polki by w nich nie popłynęły.

A po drugie - bo ta sama Jolanta Ogar grała kiedyś jako atakująca w ligowych drużynach siatkarskich. Jako 23-latka nie miała o żeglarstwie żadnego pojęcia.

Reklama

Kibicuj naszym na IO w Tokio! - Sprawdź

Od siatkówki do żeglarstwa

W sporcie o sukcesie często decydują przypadki i taki przypadek nastąpił w jej życiu. W 2005 roku doznała kontuzji, a była wtedy siatkarką, grała m.in. w Gryfie Brzesko, skąd pochodzi, Armaturze Kraków i Sandecji Nowy Sącz. Trafiła wtedy do Poznania, do obecnego lekarza kadry narodowej w żeglarstwie dr. Witolda Dudzińskiego, który rozkręcał w tamtym czasie znaną dzisiaj w kraju klinikę Rehasport, która jest partnerem medycznym czterech związków sportowych. Ortopeda z Poznania sam jest pasjonatem żeglarstwa, startuje z sukcesami w rywalizacji mastersów w klasie Formula Foil, jest prezesem Polskiego Stowarzyszenie Windsurfingu, a od miesiąca także wiceprezesem światowej federacji International Formula Windsurfing Class.

Spojrzał na nową pacjentkę i zapytał, czy... nie chciałaby zostać żeglarką? - Myślałam, że jest niepoważny. Powiedział mi "poczekaj, zaraz coś tobie przyniosę" i przyniósł mi płytkę CD z MŚ z San Francisco z 470, a potem posadził mnie na krześle. Pokazał mi jakieś łódki i pyta, czy fajne. Ja mu na to: "Fajne, ale i co?" On dalej: "Nie chciałabyś tak?". A ja na to, że jest nienormalny (śmiech). I taka była rozmowa. Pomyślałam, że koleś zwariował. Nawet nie wiedziałam skąd wiatr wieje - wspominała cztery lata temu Jolanta Ogar w rozmowie z "Prestiżem Trójmiasta".

Rozmowa z dr. Witoldem Dudzińskim, lekarzem kadry narodowej w żeglarstwie

Andrzej Grupa: Przychodzi kobieta do lekarza i...

Witold Dudziński, lekarz żeglarskiej reprezentacji Polski: I zostaje żeglarką, mistrzynią świata i wicemistrzynią olimpijską. W 2005 roku do mojej kliniki Rehasport w Poznaniu przyjechała siatkarka z Krakowa, trafiła do mnie. W tym samym czasie polska załoga w klasie 470 miała problem, Kasia Tylińska szukała wtedy załogantki. Potrzebna była wysoka, wysportowana dziewczyna, chętna do żeglowania. Ona te idealne warunki miała. Zapytałem ją wtedy: "A nie chciałabyś żeglować?" Ona na to: "Ale ja jestem siatkarką". Zapytałem jeszcze raz, ona odpowiedziała tak samo. Mówię jej więc: piękne zatoki, piękne plaże, dużo słońca, wspaniałe widoki. Ona pomyślała wtedy: wariat, sama mi to później powiedziała.

I dała się przekonać?

- Nie od razu, ale powiedziałem trenerowi 470-tek Robertowi Janeckiemu, że znalazłem taką załogantkę dla Kasi, wysoką, wysportowaną. On się pyta: "A skąd?" No to mu mówię, że to siatkarka z Krakowa. Zamilkł, ale zadzwonił do niej, a później zaprosił ją na Mazury. A po Mazurach był Puck, a następnie ocean. I tak została jedną z najlepszych załogantek na świecie. To było jakieś boskie dotknięcie w kwestii warsztatowej, bo to się praktycznie nie zdarza, by ktoś, kto nie praktykuje żeglowania od dziecka, wskoczył na ten poziom. To wydaje się wręcz niemożliwe.

Gdyby igrzyska odbyły się rok temu, zgodnie z planem, to tego medalu by nie było?

 - Na pewno by nie było, bo na początku lipca Agnieszka Skrzypulec doznała poważnej kontuzji barku i przedramienia. I to jest właśnie piękne, że jeszcze na początku tego roku ona się tylko rehabilitowała, a dziś świętuje srebrny medal olimpijski. Nieprawdopodobna historia tych dziewczyn, gotowy scenariusz filmowy. Przecież Agnieszka mówiła rok temu, że zawalił się jej najważniejszy cel w życiu. A ona ciężką pracą i ze wsparciem oddanych sprawie ludzi wróciła na czas do sportu. Po operacji wykonanej przez prof. Lubiatowskiego pracowała po kilka godzin każdego dnia. Te informacje nie wychodziły na zewnątrz, nie chcieliśmy informować o tym konkurentek.

Widzieliśmy, co się stało w wyścigu medalowym Piotra Myszki, który walczył o medal, a został zdyskwalifikowany. Jak motywowaliście dziewczyny, które  we wtorek miały słabszy dzień i sporo straciły w klasyfikacji?

- Tego nikt nie zrozumie, kto to na igrzyskach z nami nie był. To wiele różnych technik, które stosowaliśmy. Bardzo długo rozmawialiśmy z dziewczynami dziś rano, ale nie o żeglarstwie. Staraliśmy się je pozytywnie nastawiać, by nie myślały, co się stanie, gdy coś nie wyjdzie, ale tylko - co się stanie, jeśli wszystko zadziała. Chodziło o pozytywne nastawienie, one dzisiaj to nastawienie miały. Te igrzyska są niesamowite - w dwa tygodnie skumulowała się cała energia pięcioletniej olimpiady i to razy dziesięć. To czas niesamowitego napięcia, które trwa od świtu do zmierzchu.

Tokio 2020. Historia zatoczyła koło

Dzisiaj historia zatoczyła koło, które zaczęło się w 2005 roku, gdy młoda, wysoka dziewczyna trafiła do  gabinetu wariata, który z siatkarki chciał zrobić żeglarkę. Teraz wszyscy mogli zobaczyć wyścig, który pewnie był takim finałem w jej sportowym życiu.

Rozmawiał Andrzej Grupa

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje