Reklama

Reklama

Popis Amerykanki w finale floretu, "stary znajomy" z medalem

Porażka Martyny Jelińskiej z późniejszą wicemistrzynią olimpijską już w 1/16 finału i dość szybkie odpadnięcie „naszego” złotego medalisty z Londynu Rubena Limardo. Tak wyglądał z polskiego punktu widzenia drugi dzień zmagań na szermierczej planszy w Tokio. Ponownie powodów do radości nie było za wiele, za to emocji nie brakowało, co w pewien sposób rekompensuje kibicom w naszym kraju brak sukcesów. Które, miejmy nadzieję, jeszcze nadejdą.

To była, niczym w piosence, ostatnia niedziela z walkami polskich szermierzy w zawodach indywidualnych podczas igrzysk w Tokio. I choć to dopiero drugi dzień zmagań na olimpijskiej planszy, to występ Martyny Jelińskiej wieńczył nasz indywidualny dorobek w Japonii. Przed nami już tylko, albo aż, bo w końcu wiążemy z nim wielkie nadzieje, start drużyny szpadzistek, kandydatek do medali.

A jak zwieńczył? Na pewno szybko, bo Polka stoczyła ledwie dwa pojedynki i na tym zakończył się jej olimpijski sen. Po wygranej z Chilijką przyszło starcie z reprezentującą Rosyjski Komitet Olimpijski Inną Derigłazową, która bardzo szybko wybiła naszej zawodniczce z głowy marzenia o dobrym wyniku. Bo za taki niestety ciężko uznać 1/16 finału.

Reklama

Pewnym pocieszeniem jest to, że Derigłazowa dotarła aż do finału, gdzie jednak musiała uznać wyższość Amerykanki Lee Kiefer, która sięgnęła po złoto po pasjonującym finale, będącym świetną reklamą floretu. Warto dodać, że zawodniczka z USA była w zasadzie skazana na tę dyscyplinę, bowiem jej ojciec, siostra, brat, a nawet mąż również są szermierzami.

Z brązowego medalu również mogli cieszyć się Rosjanie, albo ich Komitet Olimpijski, bowiem na najniższym stopniu podium stanęła Larysa Korobiejnikowa.

IO: szanse medalowe, wyniki, informacje. Bądź na bieżąco

Jako, że naszych szermierzy w Tokio nie ma w ogóle, przynajmniej w roli zawodników, mogliśmy dowolnie wybrać sobie kogoś innego w roli swojego faworyta. Na przykład znakomite Węgra Gergely’a Siklosiego, żołnierza, znanego chociażby z tego, że w ramach swojej służby został oddelegowany do szpitala w Budapeszcie, gdzie walczyć z dużo mniej szlachetnym wrogiem, niźli ci z planszy, bo z koronawirusem. Choćby i dlatego warto było za niego trzymać kciuki.

Węgier dotarł do finału, gdzie jego rywalem był Francuz Romain Cannone. To zawodnik, który jeszcze jakiś czas temu nie był nawet brany pod uwagę w kontekście startów indywidualnych, ale skorzystał na nieszczęściu innego zawodnika i trafił na olimpijską planszę, gdzie już sam wywalczył sobie medal. Po drodze wyeliminował bardzo dobrze znanego w Polsce Wenezuelczyka Rubena Limardo. Ktoś może zapytać, z czego jest znany ów szermierz? Otóż z mistrzostwa olimpijskiego w Londynie, startów w barwach klubów z Gliwic czy Łodzi, a także z faktu, że w czasie pandemii rozwoził rowerem jedzenie w naszym kraju, żeby tylko utrzymać siebie i rodzinę. Za niego też warto było trzymać kciuki, choć w Tokio mu nie poszło.

W walce o złoto Francuz znów okazał się lepszy od bardziej doświadczonego rywala i ostatecznie zgarnął złoty medal. Znów byliśmy świadkami żywiołowej radości i podrzucania młodego zawodnika przez sztab szkoleniowy. W końcu kto powiedział, że szermierze to sztywniaki? 

Z kronikarskiego obowiązku należy zaznaczyć, że brąz przypadł Igorowi Reizlinowi z Ukrainy. Naszemu dobremu znajomemu, który bardzo często trenuje z naszymi zawodnikami.


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje