Reklama

Reklama

Marek Plawgo dla Interii: Kosmos! Ja to naprawdę widziałem?!

- Myślę, że to "pokolenie Tokio" - bo tak roboczo można ich chyba nazwać - powinno być inspiracją przynajmniej dla kolejnej generacji. Może oglądając tych tuzów w telewizji dzieci spytają rodziców: "mamo, tato: co zrobić, żeby ich naśladować? Gdzie można zapisać się do klubu?" - ma nadzieję Marek Plawgo.

Marek Plawgo, urodzony w Rudzie Śląskiej wychowanek MOSM Bytom, zdobył brązowy medal w biegu na 400 m przez płotki na mistrzostwach świata w Osace w 2007 roku - zarówno indywidualnie i w sztafecie. Jest pierwszym polskim lekkoatletą, który na jednych mistrzostwach świata sięgnął po dwa medale. Obecnie to komentator sportowy - podczas igrzysk w Tokio relacjonował dla TVP wydarzenia lekkoatletyczne.

Paweł Czado: Igrzyska w Tokio były dla polskiej lekkoatletyki rzeczywiście fantastyczne. Nie ma chyba lepszego momentu, żeby kibic w Polsce zaczął się nią naprawdę interesować, żeby zaczął przychodzić na zawody lekkoatletyczne, żeby zobaczyć mistrzów na żywo?

Marek Plawgo: - Jeśli mówimy o momencie, to trzeba sobie uzmysłowić, że w historii nie mieliśmy lepszego. To był przecież najlepszy występ lekkoatletów, jeśli weźmiemy pod uwagę wszystkie igrzyska w historii! A przecież porównujemy to do igrzysk na których startował wunderteam [określenie polskiej reprezentacji lekkoatletycznej w latach 1956-1966, przyp. aut.], do igrzysk na których złote medale zdobywała Irena Szewińska.

- Trzeba jednak zauważyć, że trudno porównywać czasy. W dobie social-mediów, kiedy wszystko jest na wyciągnięcie ręki, niezliczoną ilość bodźców i rozrywek różnego rodzaju, zainteresowań, które można dzielić, jest znacznie więcej niż kiedyś. Kiedyś wokół sportowych asów był nimb tajemniczości, niedostępności. Mogliśmy tylko poczytać o nich w prasie albo zobaczyć na trybunach.

Tak było chyba jeszcze za pana czasów.

- Zgadza się, startowałem jeszcze w końcówce tamtej epoki (uśmiech). Zazdrościłem więc trochę sportowcom, że mają teraz do dyspozycji narzędzia, za pomocą których mogą dotrzeć z bezpośrednim przekazem do ludzi, do których ja nie mogłem dotrzeć. Mogłem to zrobić jedynie przez prasę, przed telewizję, przez radio. Teraz każdy sportowiec może dotrzeć do kibiców osobiście, bezpośrednio. 

- Mówię o tym dlatego, że to powoduje, iż zainteresowanie tym sportem na żywo jest - paradoksalnie - troszeczkę... mniejsze! Z drugiej stronie obcowanie z wielkimi wydarzeniami na żywo, zwłaszcza w dobie pandemii, kiedy takich możliwości jest mało, możliwość zobaczenia najlepszej reprezentacji lekkoatletycznej w historii jest pociągające. Dlatego odpowiadając na pytanie zadane na początku: tak, nie ma chyba lepszego momentu. Warto więc przyjść na Memoriał Kamili Skolimowskiej, żeby ją oglądać [dostępnych będzie połowa miejsc na Stadionie Śląskim, przyp. aut.]

- Przypominam sobie czasy, kiedy byłem dzieckiem i wspominam, jakie emocje mną rządziły, gdy oglądałem sport. Gdyby dziś było wtedy, to wyrywałbym się w blokach, żeby przyjść i takich mistrzów zobaczyć. Dlatego przypuszczam, że na Memoriał Kamili Skolimowskiej przyjdzie dużo ludzi. Stadion Śląski jest położony w miejscu, gdzie zagęszczenie ludności w Polsce jest największe. Mityngi, które są na początku letniego sezonu mają trudniej, o nich mówi się mało albo wcale. Ale po takich igrzyskach kiedy wszyscy mówią o lekkoatletach trudno sobie wyobrazić złą frekwencję na najbliższym memoriale [odbędzie się w Chorzowie 5 września, przyp. aut.].

Musi być pan szczęśliwy mając możliwość widzieć to wszystko i komentować, co zdarzyło się w polskiej lekkoatletyce podczas igrzysk w Tokio.

- W pełni (uśmiech). Komentowanie igrzysk wcześniej było trudne. Trzeba było znajdować w sobie mnóstwo sposobów jak wytłumaczyć czyjąś porażkę, ale tak żeby kogoś nie zranić, nie uderzyć, nie wyżywać się a jednocześnie zrobić to w sposób profesjonalny. 

Nie unikać nazywania porażki porażką.

- Tak. Moim zadaniem jako eksperta jest pokazanie świata, jakim jest i o tym obiektywnie powiedzieć. Już nawet w czasach, kiedy zdobywaliśmy medale na lekkoatletycznych mistrzostwach Europy albo świata, to na igrzyskach najzwyczajniej w świecie dostawaliśmy lanie. Mając to w pamięci - igrzyska dotąd były komentowane z pewną trudnością. W każdym wejściu zakończenie było smutne: tu nie wyszło, tam nie wyszło, krótka ocena: tu nie wyszło z takiego powodu, tam z takiego... A w Tokio nawet na tych krótkich wejściach, które mieliśmy przy komentarzu związanym ze startami, to nawet nie dotykaliśmy tych porażek, bo zwyczajnie nie było na to czasu.

- W każdej z tych sesji działo się mnóstwo interesujących historii, których komentowanie dawało mnóstwo przyjemności i już nawet nie było czasu powiedzieć, co wydarzyło się jeszcze złego (uśmiech). Komentowanie przez niespełna półtora tygodnia ciągłych pozytywnych zdarzeń jest dla mnie niezwykłym doświadczeniem i należy absolutnie do największych przyjemności, jakie miałem w życiu. To było coś pięknego! Wychodziłem na zawody z radością mimo potwornego zmęczenia. Tryb pracy pozwalał na sen przez pięć godzin na dobę przez dwa tygodnie. Proszę sobie wyobrazić: gdybym miał spać pięć godzin na dobę wykonując normalną pracę, po tygodniu byłbym nie do zniesienia, nie do życia. Organizm odmówiłby posłuszeństwa. A tam było inaczej, niosła mnie adrenalina i radość. W najtrudniejszym dniu człowiek kładzie się wyjątkowo zmęczony a rano dostaje informację: "słuchajcie, Dawid Tomala idzie po złoty medal". To była najpiękniejsza pobudka, jaką człowiek mógł sobie wyobrazić (uśmiech). Miał to być dzień kiedy teoretycznie mogliśmy odespać zaległości, ale rano zerwaliśmy się wszyscy na nogi. Coś pięknego!

- Dla mnie piękne także dlatego, że żyję sportem trochę inaczej niż przeciętny kibic. Sport był moim życiem przez 21 lat. Wielu z tych lekkoatletów znam jeszcze z czasów kiedy sam startowałem, nasze kariery się zazębiły. Piotr Małachowski kończy, ale jest jeszcze kilka osób na bieżni i skoczni, z którymi dzieliłem życie obozowe i na zawodach. Jako komentator mam więc najpiękniejszą emeryturę jaką mógłbym sobie wyobrazić. 

Co pan czuje widząc, że lekkoatletyka tak się rozwija?

 - Człowiek mógłby mieć myśl, że chciałby być takim mistrzem, którego zawsze będą podziwiać, że będą wspominać w stylu "kiedy biegał Marek to były czasy..." Ktoś mnie kiedyś zapytał o to...Nie, nie, absolutnie tak tego nie przeżywam (uśmiech). Jestem przeszczęśliwy, że wszyscy biegają dziś szybciej. Dzięki temu, siedząc na trybunach nie myślę o własnej karierze i o tym co było, tylko patrzę, chłonę, cieszę się z tego co jest teraz. To co mamy teraz nie zdarzyło się nigdy.

Reklama

Pozytywne emocje są dla człowieka najlepsze.

- Dokładnie tak, rodzą się w nas kapitalne uczucia. Radość obserwowania sportowców, uczucie niecierpliwości kiedy będzie następny start - lepszą podstawę do budowania popularności lekkoatletyki trudno sobie wyobrazić. Myślę, że to "pokolenie Tokio" - bo tak roboczo można ich chyba nazwać - powinno być inspiracją przynajmniej dla kolejnej generacji. Może oglądając tych tuzów w telewizji spytają rodziców: "mamo, tato: co zrobić, żeby ich naśladować. Gdzie można zapisać się do klubu?" To nawet nie musi być lekkoatletyka. Niech to będzie jakikolwiek sport. Niech ten sport żyje w społeczeństwie, bo to najlepsza witamina. 

Chcę jeszcze spytać o moment, w którym podczas tych igrzysk pana zatkało...

- Były dwa. Pierwszy: złoty medal dla Polski w sztafecie mieszanej. Popłakałem się jak bóbr, emocje były niesamowite. Uzmysłowiłem sobie jak zmieni się życie tych ludzi, jaki wspaniały sukces osiągnęli. Kamila Skolimowska zdobyła złoty medal olimpijski chyba zanim tak naprawdę zdążyła o nim marzyć. To dla niej było problemem, bo potem wszyscy - i ona sama - oczekiwali od niej dużo, oczekiwali powtórki. Mam nadzieję, że dla członków sztafety ten medal nie okaże się takim ciężarem. Cieszyłem się ich szczęściem, pozytywnie im zazdrościłem osiągnięcia czegoś niebotycznego. Kobieca sztafeta 4x400 m nigdy nie miała takiego medalu, męska - jeden [srebrny medal w Montrealu w 1976 roku, przyp.aut]. Potem przez wiele lat, nawet ze świetnymi biegaczami - Haczkiem, Czubakiem, Maćkowiakiem - pokoleniem "lisowczyków" - nie udało się nawiązać do tego osiągnięcia. 

- A drugi moment to płotki na 400 metrów. Przekroczyć granicę 47 sekund to już coś niecodziennego, przekroczył ją w ostatnich latach jeden zawodnik. Ale pobić rekord świata w czasie 45,94?! Poprzedni rekord wynosił przecież 46,70. Kiedy zobaczyłem ten rezultat Norwega Karstena Warholma, to właściwie oniemiałem. Do teraz nie wiem co mam o tym myśleć, to nadal jest dla mnie niezwykłe przeżycie (uśmiech). Znam tę konkurencję, sam w niej biegałem. Wiem czego by wymagało przebiegnięcie tego dystansu w 47 sekund. 45,94 to tak odrealnione osiągnięcie, że ciągle trudno mi zaakceptować, by to było możliwe. Ja to naprawdę widziałem?! Kosmos!

rozmawiał: Paweł Czado

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL