Reklama

Reklama

Koronawirus w sporcie. Paweł Fajdek nie pojedzie do Spały

- Nie wybieram się do Centralnego Ośrodka Sportu, zostaję w domu. Dopóki nie zostanie przywrócone normalne funkcjonowanie społeczeństwa, dopóki dzieci nie będą mogły chodzić do przedszkoli i dopóki cała gospodarka nie ruszy, to nigdzie się nie ruszam. Nie oszukujmy się, mamy jeszcze zamiar startować przez wiele lat, przynajmniej ja mam takie plany, dlatego odpuszczenie sobie jednego roku niczego tak naprawdę nie zmieni - mówi w obszernej rozmowie z Interią czterokrotny mistrz świata w rzucie młotem Paweł Fajdek.

Zbigniew Czyż, Interia: Jak mija panu kwarantanna?

Paweł Fajdek: - Dla mnie sama kwarantanna nie jest już przeszkodą, potrafię sobie wszystko załatwić i zorganizować.

Ma pan możliwość trenowania w pobliżu domu w Żarowie, jak teraz wyglądają zajęcia czterokrotnego mistrza świata?

- Kilka lat temu dzięki uprzejmości burmistrza zbudowaliśmy w moim mieście specjalną rzutnię, z której korzystam praktycznie tylko ja. Obecnie wychodząc na trening, zachowuję wszystkie obostrzenia dotyczące kwarantanny. Trenuję sam lub z trenerką, jeżeli jest taka potrzeba. Korzystam także z siłowni w pobliskiej szkole, mam tam cały sprzęt potrzebny do treningu siłowego, dlatego o nic nie muszę się martwić.

Reklama

Ile razy w tygodniu pan trenuje?

- Trzy, cztery razy, czasami to zależy też od pogody. W kwietniu bywało, że mieliśmy cztery stopnie Celsjusza, teraz jest dwadzieścia, wszystko dostosowuję pod trening podtrzymujący kondycję, ponieważ nie ma się tak naprawdę obecnie do czego przygotowywać. Nie mam zamiaru trenować na pełnych obrotach.

Niebawem otwarte zostaną Centralne Ośrodki Sportu, środowisko sportowców jest podzielone, jedni jadą, inni nie jadą, a co zrobi Paweł Fajdek?

- Na chwilę obecną nigdzie się nie wybieram, zostaję w domu. Dopóki nie zostanie przywrócone normalne funkcjonowanie społeczeństwa, dopóki dzieci nie będą mogły chodzić do przedszkoli  i dopóki cała gospodarka nie ruszy, to będę siedział w domu. Mam pięcioletnią córkę, która nie dość, że przez wszystkie ostatnie lata niezbyt często widziała ojca z oczywistych względów, to teraz wymaga dużo uwagi i mojej obecności. Żeby siedzieć z dzieckiem od rana do wieczora w czasach, gdy zamknięte są place zabaw, to - proszę mi wierzyć - potrzebnych jest dwoje rodziców.

Obawia się pan ewentualnego zakażenia koronawirusem?

- Myślę, że nie ma się co obawiać, bo jeżeli ktoś decyduje się, żeby otworzyć te ośrodki, to jakieś badania będą przeprowadzane i nikt nie będzie na nie oszczędzał pieniędzy. Dobrze, że takie możliwości do treningów dla polskich sportowców jednak są, bo jesienią trzeba będzie się już powoli zacząć przygotowywać do przyszłorocznych igrzysk olimpijskich w Tokio.

A nie obawia się pan, że straci jednak trochę nie trenując teraz na sto procent?

- Nie, jeżeli mielibyśmy się szykować na ten lipiec, to byłby problem, natomiast z uwagi na przeniesienie igrzysk na przyszły rok, dla mnie nie jest to żaden problem. I tak każdy z nas zaczyna praktycznie od początku przygotowania, większym kłopotem może być rozleniwienie, to dla sportowca potrafi być straszne. Jeżeli ktoś straci zapał, to może być niebezpiecznie, z drugiej strony jest to czas na wyleczenie kontuzji, dawnych urazów. W każdej sytuacji trzeba umieć sobie poradzić, ja przygotowania do igrzysk rozpocznę na jesieni i wszystkim radzę to samo, nie ma co się teraz stresować, tym bardziej, że niczego to nie zmieni.

Cel na igrzyska w Tokio rozumiem, że się nie zmienia, to wywalczenie wreszcie olimpijskiego medalu, najlepiej złotego?

- Tak, cel się nie zmienia, bardzo chciałbym wywalczyć ten upragniony olimpijski medal.

Jak przyjął pan decyzję o odwołaniu lekkoatletycznych mistrzostw Europy w Paryżu?

- Ja bardzo się ucieszyłem, to dla mnie pozytywna informacja. Powinna ona nieco rozluźnić głowy niektórym sportowcom. Jeżeli chodzi o sam start w stolicy Francji, to co najmniej połowa sportowców nie czułaby się tam komfortowo wiedząc, że jest to Paryż. To jest tylko jeden sezon, nie oszukujmy się, mamy jeszcze zamiar startować przez wiele lat, przynajmniej ja mam takie plany, dlatego odpuszczenie sobie jednego roku niczego tak naprawdę nie zmieni. Mamy teraz wreszcie czas, żeby posiedzieć z rodziną, nie ma co płakać, nie ma co rozkładać rąk, taka jest sytuacja i trzeba się do niej dostosować.

W drugiej połowie roku planowane są mistrzostwa Polski, memoriały Kamili Skolimowskiej, Janusza Kusocińskiego, planuje pan wystartować w tych zawodach?

- Jak najbardziej, nie spodziewam się co prawda, że będziemy robić nie wiadomo jak dobre wyniki, nie będziemy rzucać po osiemdziesiąt kilka metrów. Pamiętajmy jednak, że nawet przy treningu zachowawczym warto także podjąć rywalizację, żeby przeprowadzać całą procedurę startu. Jeśli w tym roku będą na przykład cztery imprezy, to uważam, że będzie to dobre i wystartujemy także dla naszych wiernych fanów w kraju.

Sport po pandemii może być już trochę inny, finansowo też może już być całkiem inaczej.

- Ciężko ocenić sytuację finansową, z którą większość firm będzie musiała się zmierzyć w najbliższym czasie, ale uważam, że ci sponsorzy, którzy mają podpisane kontrakty ze sportowcami i wspierają ich w przygotowaniach do igrzysk olimpijskich, nie wycofają się nagle. Myślę, że będą kontynuować współpracę jeszcze co najmniej przez rok. Jeżeli jakieś zmiany będą, to bardziej spodziewam się ich po igrzyskach.

W 2018 roku na rynku wydawniczym ukazała się autobiografia Pawła Fajdka "Petarda. Historie z młotem w tle". Jest pan zadowolony ze sprzedaży książki?

- Jestem bardzo zadowolony, koronawirus trochę przyczynił się do tego, że książka wróciła w większym stopniu do sprzedaży, mam wrażenie, że zacząłem falę tego typu pozycji na rynku wśród sportowców w Polsce i mam nadzieję, że nabierze ona rozpędu.

W najbliższym czasie planuje pan kolejną książkę?

- Następna ma być po igrzyskach olimpijskich, dlatego trzeba będzie jeszcze na nią trochę poczekać.

Jak pan odebrał informacje o zakończeniu współpracy pomiędzy Anitą Włodarczyk a Krzysztofem Kaliszewskim?

- Skomentuję to może śmiechem.

W dobie pandemii niektórzy ludzie odkrywają w sobie różne nowe talenty, pan też coś odkrył?

- Ja znalazłem czas na to, żeby być bardziej aktywnym w świecie gier. W ubiegłą sobotę udało się nam zrobić stream charytatywny, zbieraliśmy pieniądze dla Fundacji DKMS, udało się nam zebrać pięć i pół tysiąca złotych, uważam, że nie jest to zły wynik jak na dobrą zabawę. Takich streamów będzie teraz więcej, mam nadzieję, że będzie o nich głośniej i będziemy starać się pomagać innym poprzez dobrą zabawę. To też jest właśnie pozytyw całej tej sytuacji, w której się znaleźliśmy. Nigdy wcześniej nie miałem na to czasu, z uwagi na fakt, że ponad trzysta dni w roku byłem poza domem, dlatego teraz będzie można skupić się na innych przyjemnościach.

W obecnej sytuacji nie rozleniwił się pan jednak trochę?

- No właśnie lenistwo potrafi boleć najbardziej. Trochę się rozleniwiłem, brak reżimu treningowego, brak wyjazdów, to wszystko powoduje, że jest inaczej. Lenistwo jest bardzo bolesne, ja po pierwszych tygodniach, kiedy nie można było praktycznie w ogóle trenować czułem się bardzo źle, bardzo bolały mnie plecy od leżenia. Współczuję wszystkim, którzy muszą pozostać w domu i nie mają się gdzie ruszyć.

Rozmawiał Zbigniew Czyż

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje