Reklama

Reklama

Tokio 2020

Jaki wpływ ma pandemia na sędziów siatkarskich?

Wojciech Maroszek to obecnie najwyżej notowany arbiter w polskiej siatkówce. Dostał nominację na igrzyska w Tokio, pandemia wiele zmieniła.

47-letni Maroszek, mieszkaniec Żor, rodem z Katowic to pierwszy Polak, który sędziował finał klubowych mistrzostw świata.

Reklama

Dał się zauważyć dwadzieścia lat temu: podczas pierwszej Ligi Światowej w katowickim Spodku w 2001 roku jako młody arbiter został wydelegowany do odbioru koreańskiego sędziego z lotniska w Pyrzowicach. Telewizyjny reporter chciał przeprowadzić z Koreańczykiem rozmowę, Maroszek wcielił się w rolę tłumacza. Widział to ówczesny prezes PZPS. Maroszek dostał szansę, którą wykorzystał.

Już w 2010 roku sędziował pierwszy raz w Lidze Mistrzów, mecz odbył się we Włoszech. Osiem lat później, podczas mistrzostw świata w Bułgarii i we Włoszech, Maroszek był już w światowej sędziowskiej czołówce. Poprowadził m.in. półfinał Brazylia - Serbia.

Paweł Czado, Interia: Czy pandemia wywraca także życie sędziów siatkówki?

Wojciech Maroszek: - Wywraca. Przez ostatnie lata bardzo mocno na sędziowanie postawiłem. Także w rozumieniu kariery zawodowej. W związku z sędziowaniem nie byłem w stanie podjąć normalnej pracy etatowej. Dlaczego? Żaden pracodawca nie wytrzymałby z człowiekiem, którego nie ma w domu 60-70 dni w roku, ale tyle z powodu sędziowania w ostatnich latach nie było mnie w domu. Wiosną ubiegłego roku  - kiedy pandemia zaatakowała świat - ogarnęło mnie przerażenie, związane także - nie ma co ukrywać - z moimi finansami. Na szczęście szybko wróciłem do aktywności; prowadzę firmę consultingową zajmującą się w szczególności dotacjami dla przedsiębiorstw. Akurat ruszyła fala dotacji, więc miałem się czym zająć. Jako sędzia miałem szczęście o tyle, że w Polsce zrobiono wszystko, żeby liga zawodowa grała. Nawet jeśli jakieś mecze odwołano z powodu koronawirusa, to teraz prawie wszystko udało się już nadgonić. W polskich rozgrywkach więc uczestniczę; sędziuję PlusLigę, sędziuję TauronLigę, rozgrywki wojewódzkie.  A przecież są kraje, gdzie rozgrywki w ogóle się nie toczą i tam koledzy mają bardzo długą przerwą w sędziowaniu.

Zobacz Interia Sport w nowej odsłonie

Sprawdź!

Był pan w ogóle gdzieś za granicą jako sędzia w zeszłym roku?

- Udało mi się pojechać na jedne zawody, za trzecim razem. Za pierwszym turniej eliminacyjny do Ligi Mistrzów, który miał odbyć się w Zagrzebiu, został odwołany. Okazało się, że drużyny chorwacka i słoweńska mają koronawirusa, tylko Węgrzy byli zdrowi. Za drugim razem, w październiku po zrobieniu testów okazało się, że ja jestem pozytywny. Trzy-cztery dni były trudne, grypowe objawy, zmęczenie, osłabienie. Potem było już znacznie lepiej. Dopiero za trzecim razem się udało, w grudniu pojechałem do włoskiego Conegliano, gdzie gra Joanna Wołosz. To były rozgrywki grupowe Ligi Mistrzyń. W drugiej połowie lutego jadę do Niemiec na rozgrywki grupowe  Ligi Mistrzów. Wystartują tam VfB Friedrichschafen, Trentino, Lokomotiw Nowosybirsk i Karlovarsko. Mam nadzieję, że wszyscy będą zdrowi.

Dostał pan kwalifikację sędziowską na igrzyska olimpijskie, ale tutaj też wtrąciła się pandemia.

- To prawda. Jako że igrzyska miały odbyć się w zeszłym roku, nominację dostałem w grudniu 2019 roku. Żeby było zabawniej najpierw dostałem informację, że kupiono mi bilety lotnicze do Tokio, a dopiero potem dowiedziałem się o nominacji. Igrzyska byłyby ukoronowaniem mojej sędziowskiej kariery, ale po ich odwołaniu przez pandemię... odwołano też nominacje.

Czyli w teorii nie może pan być pewny wyjazdu do Tokio?

- Jeszcze nie mogę, ale biorąc pod uwagę, że w międzyczasie właściwie nie odbywają się żadne rozgrywki międzynarodowe - nie czuję niepokoju. Sezon międzynarodowy światowej siatkówki nie zaistniał w ogóle w 2020 roku. Dlatego nie ma powodu, żeby sądzić, że będą zmiany na listach kwalifikacyjnych. Jedna zmiana, do której na pewno dojdzie to nieobecność Andrieja Zenowicza. Rosjanin, który zakończył karierę w ostatnim czasie, był najbardziej znanym siatkarskim arbitrem ostatnich lat, sędziował m.in. finał męski na igrzyskach w Rio. Nie wiem, kiedy zostaną ogłoszone ponowne nominacje, mamy tak specyficzny czas, że wszystko może się wydarzyć. Być może federacja czeka teraz na potwierdzenie, że igrzyska w Tokio w tym roku na pewno się odbędą. Poprzednia oficjalna decyzja FIVB w sprawie sędziów na igrzyska była pod koniec stycznia. Być może teraz też tak będzie.

Co decyduje o wyborze do tego grona?

-  Sędziów na igrzyskach jest dwudziestu czterech, muszą pochodzić ze wszystkich kontynentów. Europa ma zazwyczaj 6-7 miejsc, nigdy nie jedzie dwóch sędziów z jednego kraju. Bierze się pod uwagę siłę federacji, doświadczenie sędziego. W moim przypadku to trzy razy klubowe mistrzostwa świata, dwa razy mistrzostwa świata seniorów, w tym mecz półfinałowy. Doświadczenie więc jest.

Rozmawialiśmy kiedyś o tym, że wpływ nowych technologii na siatkówkę, pracę sędziów nawet na publiczność jest ogromny. Wideoweryfikacja właściwie zmieniła siatkówkę. Sędziowie widzą najmniejsze muśnięcie piłki. Challenge przede wszystkim zmienił relację między zespołami a sędziami, bo gwałtownie zmniejszył liczbę pól ewentualnego konfliktu. Pojawiły się też tablety dla zespołów, dzięki którym drużyny informują o tym zespół sędziowski przez kombinację przycisków. Tablety wypchnęły tradycyjne tabliczki do zmian... Ta rewolucja nadal postępuje?

- Nie. Mam wrażenie jakbyśmy ciągle adoptowali się do fali zmian, które miały miejsce. One rzeczywiście były znaczące. Ale kolejne zmiany pewnie przed nami.