Reklama

Reklama

Alicja Tchórz: Wina związku jest bezsprzeczna

Igrzyska w Tokio jeszcze się nie zaczęły, a już naszą reprezentacją wstrząsnął ogromny skandal. Przez błędy proceduralne Polskiego Związku Pływackiego szóstka naszych zawodników, którzy już byli w Japonii, musiała wrócić do kraju i nie mogła wystartować w olimpijskich zmaganiach. Jedną z tych pływaczek była Alicja Tchórz, która w rozmowie z Interią nie kryje wielkiego rozczarowania i zapowiada podjęcie kroków prawnych przeciwko związkowi.

Przed wyjazdem do Tokio byliście świadomi, że coś może pójść nie tak?

Nie, nie byliśmy tego świadomi. Rzeczy, które się wydarzyły, nie powinny się wydarzyć i nikt w najgorszych snach nie był w stanie tego przewidzieć. 

Jak i kiedy dowiedzieliście się, że szóstka z Was może nie wystartować na igrzyskach?

Ja dowiedziałam się, że coś jest nie tak, od kolegi, który interesuje się sportem. Przejrzał listy startowe z FINA, które pokazały, kiedy w Japonii była noc i mógł szybciej na nie zareagować niż my. Wtedy myślałam, że to przypadek, jakieś niedopatrzenie, że brakuje mojego nazwiska. Przejrzałam listy dokładnie, okazało się, że oprócz mnie brakuje jeszcze piątki złotych medalistów ostatnich mistrzostw Polski. Dowiedzieliśmy się, że Polski Związek Pływacki wiedział, że problem istnieje już dzień wcześniej. Nikt nas o tym nie poinformował. I pewnie gdyby nie ten kolega, dowiedzielibyśmy się dużo później. Okazało się, że problem jest dużo szerszy i poważniejszy. Następnie przez 24 godziny byliśmy uspokajani, że wszystko idzie w dobrą stronę. Padały nawet takie słowa, że FINA przyznaje się do winy i że na pewno uda się dopisać przynajmniej tę regulaminową trójkę z minimami B do sztafet. Okazało się inaczej. W godzinach wieczornych, około 19, po treningu, dowiedzieliśmy się o odmowie ze strony światowej federacji i wtedy zaczęliśmy działać na własną rękę. Szukaliśmy kontaktu przez Otylię Jędrzejczak do Rady Zawodniczej FINA, do Kirsty Coventry, żeby choć trochę naprawić zaistniałą sytuację. Udało nam się tylko, albo aż, że FINA zgodziła się na wymianę trójki zawodników jeden do jednego, w celu zbudowania przynajmniej części polskich sztafet. Udało się dzięki tym zmianom zapewnić start czterem sztafetom. Co prawda niektóre wystartują w osłabionym składzie, ale przynajmniej nie będzie pustego toru, tak tak będzie to miało miejsce na 4x100 dowolnym kobiet, co uważam, że jest skandalem. O te miejsca się walczy, jest ich tylko szesnaście.

Reklama

Tokio 2020: Trudny wybór trenerów kadry

Jak wyglądał proces podejmowania decyzji o tym, kto zostaje, a kto wraca do domu?

Decyzje podejmowali trenerzy, ale prawda jest taka, że my w swoim gronie dokonalibyśmy podobnych zmian. Priorytetem był Jan Kozakiewicz, jedyny żabkarz w reprezentacji. Dzięki niemu można popłynąć dwie sztafety, 4x100 zmiennym mężczyzn, która była najwyżej w rankingu światowym, bo na szóstym miejscu, oraz dziewiątą w rankingu światowym mieszaną sztafetę 4x100 zmiennym. Do niej też potrzebna była najlepsza grzbiecistka, którą aktualnie jest Paulina Peda. O pozostałych zmianach zadecydował ranking.

Wróciliście do kraju w atmosferze skandalu. Co teraz? Pozew?

Tak, na pewno wejdziemy na drogę prawną, choć ciężko wycenić szkodę, która została nam wyrządzona. Pomijając kwestię stypendiów czy kontraktów sponsorskich, to o tym, jakie piętno wywarła na naszej psychice ta sytuacja, to dowiemy się za rok czy za dwa, kiedy zdamy sobie sprawę, co zostało nam odebrane. Teraz buzuje w nas adrenalina i to wszystko nie od końca do nas dochodzi.

Prezes PZP Paweł Słomiński tłumaczy się, że związek robił wszystko, by móc wystawić 14 pływaków, zamiast przysługujących nam 10 miejsc i działał w dobrej wierze. Jak Ty przyjmujesz takie tłumaczenia?

Wszystko można robić, tylko zgodnie z regulaminami nadrzędnych instytucji. A te nie zostały dobrze zinterpretowane i pomimo kilku sugestii od FINA, że coś jest nie tak z naszym zgłoszeniem, brnęliśmy w to dalej. Wina związku jest bezsprzeczna. PZP powinien dokładnie i trafnie zinterpretować przepisy międzynarodowej federacji. To nie jest pierwszy raz, kiedy z naszym zgłoszeniem jest coś nie tak. Zapominamy zgłosić Konrada Czerniaka do konkurencji indywidualnych w Rio, popełniamy błąd w zgłoszeniu Diany Sokołowskiej, która w podobny sposób, choć trochę wcześniej, bo godzinę przed przysięgą olimpijską, została wykluczona z kadry przez nieznajomość przepisów przez ludzi z PZP. Jakiekolwiek tłumaczenia, a już tym bardziej wybielanie się zorganizowaniem turnieju piłki wodnej piętnastolatków, są nie na miejscu.

Jeszcze w Tokio apelowaliście o odwołanie prezesa PZP. Myślisz, że zmiana władz jest realna?

Myślę, że to najdelikatniejszy wymiar kary i coś, co honorowy człowiek powinien zrobić po takiej sytuacji. Już z kilku wypowiedzi naszego prezesa widzimy, że ten człowiek nie ma honoru, a z jego ust wychodzą takie słowa, że przecież i tak podobna liczba zawodników by nie pojechała na igrzyska. Jeśli uważa, że trójka a szóstka zawodników, to podobna liczba, to pokazuje, jak nas traktuje i jaki ma szacunek do naszej pracy.

Co dalej z Twoją karierą?

Nie wiem, staram się zebrać myśli. Odbudować, choć to nie jest proste i na pewno szybko nie nastąpi. Aktualnie jedyne, co może mnie motywować do tego, by dalej trenować, jest kontrakt wojskowy, który będę starała się wykonywać z należytą starannością. Do tego starty w International Swimming League. Natomiast współpracy z aktualnym zarządem sobie nie wyobrażam i jeśli ten zarząd się nie zmieni, pod polską flagą już nie wystartuję. Po prostu nie.

Toyota nieobecna na igrzyskach w Tokio!

Wzrost liczby zakażeń koronawirusem w Tokio!

Gdzie i kiedy oglądać ceremonię otwarcia?

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL