Reklama

Reklama

Interia w Tokio. Tomasz Kryk ujednolicił technikę wiosłowania i zadbał o drugi mózg zawodniczek

- Trenerciu, jesteś wielki, absolutnie! Naprawdę super gość, wie jak prowadzić dziewczyny, młodzieżówkę i seniorki. Jedna wypada, to zaraz pojawia się następna. Tak właśnie powinno się pracować w każdej dyscyplinie sportu - te słowa Marka Kolbowicza, który przerwał rozmowę z Tomaszem Krykiem, trenerem kadry kajakarek, gdy rozprawialiśmy o niespotykanej w polskim sporcie passie, mającej miejsce właśnie w tej dyscyplinie, dotykają sedna sprawy. Przyczynkiem był wywalczony chwilę wcześniej srebrny medal IO w Tokio, zdobyty przez duet Karolina Naja/Anna Puławska w konkurencji K2 na 500 m.

Wyobraźcie sobie taki scenariusz: pracujecie z kadrą narodową od 2009 roku. I w dwunastym roku pracy jesteście w stanie stanąć przed dziennikarzami i z dumą ogłosić: Od tego czasu nie było dużej imprezy, z której nie przywieźlibyśmy medalu! Niemożliwe, prawda?

A w tej historii wszystko jest prawdziwe. Może poza jednym. - Duma to słowo z niskich poziomów świadomości. My zawsze mówimy, że jesteśmy dumni, ale dumę łatwo obalić. Ja jestem zadowolony i szczęśliwy - zaznaczył szkoleniowiec.

A czy czuje się spełniony? Nie, jeszcze nie - dodał.

Kibicuj naszym na IO w Tokio! - Sprawdź

Reklama

Studio Ekstraklasa na żywo w każdy poniedziałek o 20:00 - Sprawdź!

Te dwie wypowiedzi już dają namiastkę tego, jakim człowiekiem jest trener Kryk. Świadczą o jego charakterze i osobowości. A jeszcze bardziej o nastawieniu architekta ogromnych sukcesów reprezentacji do pracy.

Kontrola, ale... kontrolowana

Długo nie miał lekko, co zresztą precyzyjnie osadza w czasie.

- Moją dotychczasową karierę w kadrze podzieliłbym na trzy etapy: do Londynu, gdy wszystko wymuszałem, a z drugiej strony często był opór i zawodniczki jeszcze próbowały artykułować swoje racje. Kolejne czterolecie było już troszeczkę inne, a teraz daję dziewczynom na pewno więcej swobody. Pewnie, że kontroluję, ale nie zabraniam niczego. Stworzyliśmy fajną drużynę, stawiając na kompromis.

Największym dobrodziejstwem, będącym owocem trwającej ponad dekadę pracy Kryka w kadrze, jest nieustanny dopływ młodych zawodniczek. Gdy starsze kadrowiczki kończą kariery, pojawia się świeża, ale już sprawdzona krew, gotowa na największe wyzwania. Niesamowite szczęście od losu?

Hahaha - mógłby zaśmiać się Kryk, bo w tej cudownej sukcesji nie ma krzty przypadku. No dobra, czas na konkrety.

Najpierw oddajmy głos mistrzowi olimpijskiemu z Pekinu w wioślarskiej czwórce podwójnej Markowi Kolbowiczowi.

- Trener Kryk ujednolicił technikę wiosłowania i to jest najważniejsze. Marek Twardowski przez cały czas mówi na ten temat. Tak właśnie powinno się pracować w każdej dyscyplinie sportu - ogłosił nasz multimedalista, w tym czterokrotny mistrz świata.

- To prawda, dużo rozmawiamy o technice. To jest klucz. Dzięki temu, że z trenerem kadry młodzieżowej Maciejem Junke postaraliśmy się ujednolicić wiosłowanie, łatwo jest nam zestawiać osady. Gdy czasami rywalizujemy na treningach, to dziewczyny mają porównywalne czasy - wyjaśnił Kryk.

Tomasz Kryk: Muszę być sprawiedliwy i wyznać...

O tej rywalizacji na własnej skórze mogła przekonać się Karolina Naja, 31-letnia dwukrotna brązowa medalistka olimpijska, której dwa krążki nie dawały "glejtu" do występu w Tokio. Nasza gwiazda w tym roku podjęła trudną decyzję, zdecydowała na trwającą miesiącami rozłąkę z malutkim synkiem Mieciem, a w tym czasie rolę mamy pełnił jej ukochany. - Chciała też, żeby przebywał z innymi dziećmi w przedszkolu. Bo wiadomo, że czasami wśród samych cioć jest nie takie wychowanie, jakiego rodzice by oczekiwali - uśmiechnął się szkoleniowiec.

Ale clue wątku wokół Nai jest inne. Trener wystawił swoją niezawodną podopieczną na dużą próbę, o czym sam postanowił obszernie opowiedzieć.

- Muszę być sprawiedliwy i wyznać, że Karolina przeszła w tym sezonie długą i ciężką drogę. Ja ją wystawiłem, jeśli można tak powiedzieć, mocno na próbę. Długo wisiała na włosku, ale myślę, że to zdecydowało, że tu w Tokio mentalnie tak wyglądała. Po prostu musiała twardo rywalizować o miejsce w reprezentacji. To była część planu treningowego, no bo jak można kobietę już spełnioną, z dwoma medalami olimpijskimi i macierzyństwem, mobilizować do jeszcze cięższych treningów? Doprowadzałem do konfrontacji na Pucharach Polski i ostatecznie w Poznaniu, gdzie wygrała "jedynkę" na 500 m podczas zawodów kontrolnych przed ME zapadła decyzja, że to ona na sto procent poprowadzi obie łódki długie, czyli dwójkę i czwórkę na igrzyskach olimpijskich. To był przełom maja i czerwca - wyjawił szkoleniowiec.

Między Natalią i Anną Puławską, utalentowaną 25-latką, od początku pojawiła się chemia i bardzo się dopasowały. Olimpijski start w dwójce był dopiero ich trzecimi mistrzowskimi zawodami. Dwa lata temu zostały wicemistrzyniami świata w Szegedzie na Węgrzech, gdzie wywalczyły kwalifikację, a w tym roku sięgnęły po wicemistrzostwo Europy.

A jak na całą tę sytuację, "sprokurowaną" przez trenera, związaną z walką o start w Tokio, zareagowała sama Naja?

- Karolina powiedziała mi: Ja ufałam i wiedziałam, że trener ma w tym jakiś plan. I że trener chce wziąć najmocniejszą, najbardziej sprawdzoną ekipę do Tokio. Nie dała odczuć, że ma do mnie jakiś żal, ale przecież myśmy wspólnie przeżyli wiele chwil w poprzedniej dwójce z Beatą Rosolską-Mikołajczyk. I dzisiaj rozmawiamy o wielu sprawach, wszak spędzamy 240 dni w roku poza domem - mówił Kryk.

Kilogramy ogórków i kapusty dla drugiego mózgu

Gdy już zaczynało robić się zbyt ckliwie, trener zaapelował o ostudzenie emocji. - Teraz chcemy skoncentrować się na kolejnych występach. Drużyna jest w formie, jesteśmy dobrze przygotowani. Chcemy walczyć. To wymagało nawet tego, że odesłałem Justynę Iskrzycką i Helenę Wiśniewską, nie pozwalając im obejrzeć na żywo ceremonii dekoracji, chociaż chciały. Powiedziałem, że obejrzą już w telewizji, a są po dwóch treningach, więc niech lepiej pojadą odpoczywać do wioski. Regaty olimpijskie są specyficzne, tu przez długi okres trzeba utrzymać stan pobudzenia, ale jednocześnie łagodzić emocje.

Ot, i cały trener Kryk. Niczego nie pozostawia przypadkowi. Dba o wszystko, a poświadczyć mogłyby nawet... jelita.

- Wszędzie woziłem po 20-30 kg ogórków kiszonych i kiszonej kapusty. Nawet tu. Jelita to twój drugi mózg. Odporność pochodzi właśnie z jelit. Kiedy zmieniamy strefy czasowe, mamy do czynienia z inną florą bakteryjną i wirusami. Musimy być na to przygotowani. U nas nikt przez ostatnie półtora roku nie był chory. A w lipcowych badaniach wyszło, że najniższy poziom witaminy w całej grupie to 54 ng/ml - wyznał szkoleniowiec.

Artur Gac z Tokio

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje