Reklama

Reklama

Interia w Tokio. Szalona radość polskiej sztafety. "Jaki kraj, taki Michael Johnson"

Gdy nasza złota sztafeta 4x400 metrów w mikście zmierzała do strefy wywiadów, dziennikarze nagrodzili polskich bohaterów igrzysk gromkimi brawami. Nasi wspaniali lekkoatleci zrewanżowali się błyskotliwymi odpowiedziami i opowiadali o emocjach, które towarzyszyły wywalczeniu najcenniejszego medalu tych igrzysk dla reprezentacji Polski.

Przed dziennikarzami stanęli bohaterowie finału w składzie: Karol Zalewski, Natalia Kaczmarek, Justyna Święty-Ersetic i Kajetan Duszyński. Warto jednak pamiętać także o bohaterach dnia poprzedniego, czyli Małgorzacie Hołub-Kowalik, Idze Baumgart-Witan i Dariuszu Kowaluku, którzy w znakomitym stylu spisali się w eliminacjach.

Pierwsza do dzielenia się emocjami przystąpiła Kaczmarek, nawet nie umiejąc do końca nazwać tego wszystkiego, co targało nią na ostatnich metrach.

- Jeszcze nie wiemy, co tak naprawdę się wydarzyło. Ja mam zdarte gardło, tak krzyczałam. Dopiero to do nas dociera, może już jutro - powiedziała Natalia.

- Chyba za tydzień! - weszła jej w słowo Święty-Ersetic, czyli jedna z największych gwiazd w naszym zespole.

Zalewski przyznał, że ze zmęczenia się słaniał i miał problem z utrzymaniem głowy, ale ostatnie dwie zmiany śledził z ogromnymi emocjami. - Justyna i Kajtek znakomicie walczyli do samego końca. A jak zobaczyliśmy, że Kajetan wybiega na ostatnią prostą i ma przewagę 2-3 metrów, to od razu wystrzeliliśmy, żeby jak najszybciej podbiec i cieszyć się razem.

Reklama

Święty-Ersetic jak zwykle barwnie opowiadała. Przedstawiła swoją perspektywę na trzecią zmianę, gdy ruszyła do boju, odbierając pałeczkę na drugiej pozycji. Trochę się śmiałam, że chyba po raz pierwszy nikt nie wyprzedził mnie na dystansie. Walczyłam bardzo zacięcie - stwierdziła. A co ze świętowaniem? - Nie wiem, kiedy to nastąpi, bo nawet nie potrafię powiedzieć, kiedy stąd wyjdziemy i dotrzemy do wioski olimpijskiej.

Justyna przyznała, że od początku było wiadomo, iż inny skład pobiegnie w eliminacjach, a inny w finale. Jednak wyraźnie podkreśliła, że jest to ogromny sukces całego zespołu. Sama nie przypuszczała, że medal jest możliwy właśnie w sztafecie mieszanej.

Następnie do głosu doszedł najmniej znany w ekipie Duszyński, ale pokazał, że poza ogromnymi predyspozycjami do sportu, posiada też wielką charyzmę.

- Wiedziałem, że oczekiwania są większe niż wczoraj i myślałem, że dam radę pobiec szybciej. Urwałem 0,4 sekundy? No to mniej więcej tyle, ile mówiłem trenerom, że dam radę w finale na ostatniej prostej. Tak naprawdę ja tylko zwieńczyłem robotę całego zespołu. Nie miałem na tyle trudnej zmiany, żeby jej nie wywieźć na pierwsze miejsce - powiedział Duszyński.

- Ooooo, jaki skromny - zareagowały koleżanki ze złotej sztafety i wszyscy buchnęli śmiechem.

- Po prostu mój kolejny dzień w biurze, nic się nie zmienia - kontynuował Duszyński, prezentując taką pewność siebie, jak na bieżni. A gdy w pewnym momencie wypalił: "jaki kraj, taki Michael Johnson" - wszyscy zaczęli zachodzić się takim śmiechem, jaki po strefie mieszanej jeszcze się nie niósł.

"Biało-Czerwoni" w finale poprawili rekord Europy czasem 3.09,87. Drugie miejsce zajęli reprezentanci Dominikany, a trzecie Amerykanie. Ich czas jest także rekordem olimpijskim. Ponadto to drugi wynik w historii tej konkurencji.

Artur Gac z Tokio

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje