Reklama

Reklama

Interia w Tokio. Polskie biegaczki szczęśliwe po sztafecie 4x400 m. "Mamy jeszcze wiele do pokazania"

Reprezentantki Polski pokazały w czwartkowym biegu półfinałowym prawdziwą moc. Lekkoatletki w składzie: Anna Kiełbasińska, Iga Baumgart-Witan, Małgorzata Hołub-Kowalik i Justyna Święty-Ersetic zwyciężyły, ustanawiając wynik bliski rekordowi Polski. Teraz pełne optymizmu czekają na sobotni finał.

Polskie biegaczki wykonały zadanie na czwartkowy półfinał sztafety 4x400 m. "Biało-Czerwone" pewnie awansowały do finału igrzysk olimpijskich, niemal bijąc rekord kraju.

Sztafeta w składzie: Anna Kiełbasińska, Iga Baumgart-Witan, Małgorzata Hołub-Kowalik i Justyna Święty-Ersetic okazała się najsilniejsza. Polki ustanowiły wynik 3.23,10 i w spokoju oczekują na sobotę i olimpijski finał.

- Plan był taki, żebyśmy z Igą rozpoczęły mocno tak, aby zrobić dobrą pozycję. Wydaje mi się, że wywiązałyśmy się z tego zadania. Wszystko po to, żeby dziewczynom było łatwiej i żeby mogły zachować więcej sił. Ja byłam jako jedyna bez żadnego biegu. Tylko treningowo. Wiadomo, że to nie jest to samo, co rywalizacja na zawodach. Trzeba było wykorzystać to, co mam i wydaje mi się, że wykorzystałam - powiedziała tuż po starcie Anna Kiełbasińska.

Reklama

Kilka zdań o biegu powiedziała też druga na zmianie Baumgart-Witan. Co cieszy, to wyraźnie dobre nastroje wszystkich dziewczyn. Taka atmosfera może tylko pomóc przed sobotnim finałem.

- My walczyłyśmy już od początku roku. Z kontuzjami, ze stresem, z własnymi słabościami. Nawet jeśli teraz działoby się nam cokolwiek złego, to już jesteśmy tak zahartowane i zawzięte, że wytrzymamy naprawdę wiele. Miałyśmy zadanie razem z Anią wypracować jak najfajniejszą pozycję z przodu, żeby zmieniać się bez przepychanek i niepotrzebnych perturbacji. To też właśnie po to, żeby uniknąć niepotrzebnych kontuzji. Później dziewczyny mogły być spokojnie. Gosia zerkała na telebim, a Justyna odwracała się za siebie i biegła po prostu swoje. Czas był rewelacyjny - skomentowała Iga Baumgart-Witan.

W swoje siły wierzyła również Małgorzata Hołub-Kowalik. Lekkoatletka spokojnie dowiozła pałeczkę na pierwszej pozycji, podając ją Justynie Święty-Ersetic, mogącej skupić się już tylko na w miarę komfortowym dobiegnięciu do mety.

- Od początku mówiłam, że jesteśmy świetnie przygotowane. Myślę, że sztafeta mix pokazała, że każda z nas wykonała bardzo, bardzo ciężką pracę. Ania nie miała możliwości sprawdzenia się w tamtej sztafecie, ale jest na takim samym poziomie jak my. Naszym zadaniem była tylko kwalifikacja. Ta seria była dla nas komfortowa, ale wiedziałyśmy, że nie możemy zignorować rywalek. To są igrzyska olimpijskie. Każdy szykował się tutaj na 150 procent. Tak samo jak my. Każda z nas przed biegiem otrzymała od trenera kilka wskazówek, które musi zrealizować. Zadaniem było spokojne wejście do finału i żebyśmy wszystkie dobiegły w zdrowiu. Zadanie wykonałyśmy i teraz zaczynamy zabawę - dodała Małgorzata Hołub-Kowalik.

Pech Marcina Lewandowskiego i wiara w medal żeńskiej sztafety

Święty-Ersetic wspomniała też o swoim reprezentacyjnym koledze Marcinie Lewandowskim. Biegacz startował w półfinale na dystansie 1500 m kilka minut po żeńskiej sztafecie. Życiowa forma i realna szansa na medal nie wystarczyły. Wszystko pokrzyżowała kontuzja. Nasz multimedalista musiał odpuścić rywalizację na ostatnim okrążeniu i pożegnać się z marzeniami o medalu w Tokio.

- Jestem tak zszokowana sytuacją, która przed chwilą się wydarzyła. Myślałam, że Marcin limit pecha już wyczerpał, zresztą był u nas i nacierał się medalem. Taka była taktyka. Malwinę Kopron tak samo nacierałyśmy. Wierzyłyśmy, że Marcin będzie miał już z górki i pokaże to, na co ciężko pracował przez całą swoją sportową karierę - powiedziała nasza biegaczka.

Święty-Ersetic odniosła się również do swojego czwartkowego występu.

- Myślę, że ruszyłam mocno, ale dzięki dziewczynom miałam bardzo komfortową sytuację. Mogłam patrzeć spokojnie w telebim i na ostatniej prostej już "luzować". Mamy jeszcze tutaj wiele do pokazania. Wszystkie karty nie zostały jeszcze otwarte. Czekamy teraz na sobotę i finał. Myślę, że najcięższe zadanie zostało już wykonane. Eliminacje zazwyczaj są stresujące. Można przekroczyć linię lub "pałeczka nie dobiegnie". Na całe szczęście nic takiego się nie stało. Przyznam szczerze, że dobiegając na linię mety, byłam w szoku, że z takiego biegu, udało się wybiegać tak fantastyczny rezultat. Nie chcę składać jednak żadnych deklaracji. Lepiej zrobić to po cichu tak, jak w Dausze - nadmieniła Święty-Ersetic.

- Wszystkie jesteśmy wdzięczne za to, że tu jesteśmy. Że jesteśmy zdrowe. Wiecie, że wdzięczność to rewelacyjna sprawa - wyznała natomiast Hołub-Kowalik.

Justyna Święty-Ersetic zrezygnowała z indywidualnego startu w Tokio, zostawiając wszystkie siły na sztafetę. Polka boryka się bowiem z pozostałościami po kontuzji mięśnia czworogłowego.

- To, co stało się w sztafecie mieszanej, dodaje nam tylko skrzydeł i wierzymy w to, że niemożliwe nie istnieje. My przyjechałyśmy tutaj, żeby walczyć o medal w sztafecie kobiecej, a weszłyśmy w te zawody z ogromnym przytupem i myślę, że to też poniesie nas w sobotnim finale - zakończyła lekkoatletka.

Kibicuj naszym na IO w Tokio! Sprawdź

Wysłuchał Artur Gac, Tokio


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje