Reklama

Reklama

Interia w Tokio. Piotr Małachowski: Decyzja jest przemyślana, przygotowywałem się do tego od dwóch lat

- Myślałem, że będziecie mnie hejtować - rozpoczął rozmowę w strefie wywiadów Piotr Małachowski, który po eliminacjach rzutu dyskiem miał tylko iluzoryczne szanse na awans do olimpijskiego finału, a krótko potem stracił je definitywnie. Nasz mistrz już za kilka tygodni oficjalnie stanie się sportowym emerytem.

Nikt nie ma wątpliwości, na czele z samym dwukrotnym srebrnym medalistą olimpijskim, że uzyskany w kwalifikacjach rezultat 62,68 m to słaby wynik. Nic więc dziwnego, że Polak zajął w grupie A dopiero 9. miejsce i od początku było jasne, że finał mu odjedzie. Chwilę potem wyniki w grupie B ostatecznie potwierdziły pożegnanie się wielkiego sportowca z awansem do konkursu.

- Wynik jest słaby, bo stać mnie było na dużo dalszy rezultat, ale niestety nie udało się. Nie mam do siebie pretensji, bo powalczyłem do końca, a w ostatnim rzucie czułem, że go trafiłem. Niestety dysk nie poleciał daleko. To jest sport, trzeba nauczyć się przegrywać, a ja w swoim życiu już parę razy przegrałem. Słabo żegnać się ze sportem i igrzyskami, ale mam 38 lat i trzeba podjąć męską decyzję - zaznaczył Małachowski, potwierdzając swoje wcześniejsze deklaracje, że odchodzi na sportową emeryturę.

Uroczyste pożegnanie będzie miało miejsca 5 września podczas memoriału Kamili Skolimowskiej na Stadionie Śląskim. Wówczas mistrz rozstanie się z polską publicznością i swoimi przyjaciółmi. Przypomniał, że do tej trudnej chwili przygotowywał się od dwóch lat.

Reklama

Kibicuj naszym na IO w Tokio! - Sprawdź

Studio Ekstraklasa na żywo w każdy poniedziałek o 20:00 - Sprawdź!

Wczoraj późnym popołudniem, w rozmowie z Interią, Małachowski zasiał ziarno niepokoju, mówiąc, że docierają do niego informacje, iż koło na Narodowym Stadionie w Tokio jest śliskie. Po nieudanych kwalifikacjach jednak nie uciekał się do takiej wymówki. - Wszystko było dobre, koło dobre, warunki dobre, wszystko szło szybko i sprawnie, więc nie ma co narzekać - podkreślił.

Nasz rutyniarz zwrócił uwagę, jak obciążający mentalnie jest sport na najwyższym poziomie. Koniec kariery jest też próbą przerwania tego, co od tylu lat dźwigał na swoich barkach. - Ktoś, kto nie trenował i nie startował na wielkiej imprezie, ten nie wie, co to jest stres. Nie chodzi tu tylko o stres na zawodach, bo ten można przeżyć. Dochodzi jednak ten przed zawodami, na treningach, a są też kontuzje. Już mam dość takiego reżimu, że w poniedziałek o 7 rano muszę wstać na rzuty, popołudniu też i dziennie przerzucić ponad 20 ton - wyjaśnił Małachowski, który osiągnął nie tylko znakomite sukcesy w sporcie, ale również jako człowiek gotowy nieść pomoc innym zasłużył na ogromne brawa.

- Czy jestem spełniony? Oczywiście! Mam dwa medale olimpijskie, żonę, syna i zdrową rodzinę, a nawet drzewo, które kiedyś zasadziliśmy w Cetniewie. Spełniły się moje marzenia, chłopaka z małej miejscowości, z Bieżunia, o wyjechaniu na igrzyska. A że zdobyłem na nich medale, to już w ogóle "wow" - podsumował Małachowski, który jest tak spragniony zwykłej codzienności, że nawet nie myśli, by na okoliczność odejścia z olimpijskiej areny wznieść toast szklanką lub lampką czegoś mocniejszego. - Chcę wrócić do domu, wziąć rower i w końcu gdzieś pojechać z synem oraz Kasią. A na whisky jeszcze przyjdzie czas - roześmiał się.

Artur Gac z Tokio

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje