Reklama

Reklama

Interia w Tokio. Patryk Dobek gotowy na "operetkę" od trenera Króla, Mateusz Borkowski pobiegł jak profesor

Mateusz Borkowski spisał się jak rutyniarz, a Patryk Dobek nie zrealizował taktyki i był pewien, że czeka go bura od trenera Zbigniewa Króla. Najważniejsze, że obaj nasi reprezentanci w eliminacjach biegu na 800 metrów zakwalifikowali się do niedzielnych półfinałów na Stadionie Narodowym w Tokio. - Bieg ułożył się dla mnie prawie idealnie - przyznał Borkowski.

24-letniemu Borkowskiemu zabrakło tylko jednej setnej sekundy do zwycięzcy, Kenijczyka Emmanuela Kipkurui Korira. Polak wykręcił rezultat 1:45.34, który biorąc pod uwagę czasy z wszystkich sześciu biegów eliminacyjnych dał mu 11. miejsce. Jednak najważniejsze było duże Q, które znalazło się przy nazwisku tegorocznego halowego wicemistrza Europy.

- Cały bieg pokonałem praktycznie po pierwszym torze, chłopaki zrobili mi miejsce, a ja to wykorzystałem. Widząc lukę pomyślałem sobie, że teraz po prostu polecę na maksa, bo nie miałem nic do stracenia. Zaryzykowałem i, jak widać, to się opłaciło - uśmiechał się Borkowski.

Rezultat nie był przypadkowy. Polak osiągnął bardzo wysoką dyspozycję, którą on sam określa mianem najwyższej w dotychczasowej karierze. - Myślę, że jestem w życiowej dyspozycji. Sześć dni przed startem tutaj, podczas obozu w Zao Bodairze, wygrałem sprawdzian na 600 metrów. Tam wykręciłem nieoficjalny rekord Polski. Teraz tylko trzeba było przełożyć tę formę na zawody, a nie ukrywam, że nałożyłem na siebie bardzo dużą presję. Wprawdzie pojawiły się myśli, że w tak mocnej serii nie dam rady wygrać z tymi zawodnikami, ale rozmawiałem z psychologiem oraz trenerem, którzy pozytywnie mnie nakręcali - opowiadał Borkowski.

Ten bieg eliminacyjny bardzo naładował naszego reprezentanta. Sam się upewnił, że nawet na najważniejszej imprezie to nie nazwiska biegają i faworyzowanych przeciwników, mając lepsze rekordy życiowe, da się pokonać. - Dystans 800 metrów jest bardzo specyficzny, tu może się wszystko wydarzyć. Dostałem dodatkową dawkę pewności siebie, teraz nie mogę się doczekać - przyznaje.

Marzenie już zostało spełnione, pierwszy start Borkowskiego na igrzyskach udał się pierwszorzędnie, ale wiadomo, że o awans do finału będzie piekielnie ciężko.

Aż w takim nastroju nie był Patryk Dobek. Naturalnie cieszył się z bezpośredniej kwalifikacji do półfinału (czas 1:46.59), ale przepychanki na dystansie i układ biegu mogły go drogo kosztować. Wysiłek energetyczny, jaki poniósł na dystansie, mocno dał o sobie znać, przez co dłużej trzeba było poczekać na pojawienie się naszego reprezentanta.

Jak się okazało, nic w tym biegu nie zaczęło się w taki sposób, by zapewnić Dobkowi duży komfort. - Zdecydowałem się, żeby prowadzić bieg, ponieważ po pierwszych 150 metrach zauważyłem, że albo trzeba wyjść na prowadzenie, albo zatrzymać się i zejść do tyłu. Nie lubię prowadzić, ale trzeba było zaryzykować i przewodziłem stawce przez 600 m, lecz później rywale mnie zaskoczyli i trzeba było ich gonić. Za metą faktycznie ciężko się czułem, ale liczę, że to taka jednorazowa sytuacja - żywi nadzieję 800-metrowiec, który w spektakularnym stylu przekwalifikował się z biegania przez płotki.

Reklama

Szkoleniowiec zawodnika Zbigniew Król słynie z tego, że dużo czasu poświęca na dobranie odpowiedniej taktyki, dlatego Dobek doskonale zdawał sobie sprawę, że na ciepłe słowa po eliminacjach nie będzie mógł liczyć. - Trener na pewno mnie "zjedzie", bo nie wypełniłem planu, który był założony. Z pewnością nie jest zadowolony, bo mówił, że mam wygrać. Niestety tak się ułożyło i miałem trochę szczęścia, że udało się zdobyć duże Q - przyznał Dobek.

W ostatnich dniach lekkoatleta już wygrał życiowo, został szczęśliwym ojcem, a na świat przyszła jego córeczka. Dobek nie ukrywa, że miewa rozbiegane myśli. - Generalnie to duże szczęście, ale nieelegancko ze strony dziennikarza, który to ogłosił, a nie zapytał mnie, czy taką informację może udostępnić. Zresztą nie miał tej wiadomości ode mnie, a jest to sprawa osobista. Natomiast nie ukrywam, że cały ten tydzień rozmawiam z rodziną i nie myślę o igrzyskach, chociaż teraz już trzeba się skupić i skoncentrować - podkreśla zawodnik klubu MKL Szczecin.

Artur Gac z Tokio

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje