Reklama

Reklama

Interia w Tokio. Od teraz zmiana częstotliwości badań w kierunku koronawirusa

Nie ukrywam, że czekałem na ten dzień od pierwszego dnia przylotu do Japonii. Wreszcie nie trzeba codziennie, w specjalnym punkcie, oddawać do badania materiału w kierunku testowania metodą PCR pod kątem koronawirusa - pisze z Tokio wysłannik Interii Artur Gac, śledzący z bliska igrzyska olimpijskie.

Cała operacja pod hasłem: testujemy wszystkie osoby, wybierające się na igrzyska do Tokio, rozpoczęła się na 96 godzin przed przylotem do Kraju Kwitnącej Wiśni.

Konieczne było wykonanie dwóch testów, między którymi wymagano doby przerwy. I tylko z podwójnie stwierdzonym glejtem "negatywny" można było snuć plany o wylocie do Tokio.

To był jednak tylko pierwszy punkt programu, bo wjazd do Japonii, już z lotniska Narita, bez przymusu skierowania na krzyżującą wszelkie plany działania kwarantannę, był uzależniony od kolejnego testu. Badanie zostało przeprowadzone w specjalnie wydzielonej strefie.

Reklama

Czy to już oznaczało względny spokój i psychiczny komfort? Nic bardziej mylnego. Przez trzy kolejne dni, w moim przypadku od 23 do 25 lipca, wciąż musiałem obligatoryjnie poddawać się testom. Choć precyzyjniej należało powiedzieć, że sam dla siebie byłem "medykiem", co nie tylko wynikało z pełnionej przeze mnie do końca igrzysk roli CLO (COVID-19 Liaison Officers). W tłumaczeniu chodzi o funkcję łącznika covidowego, który musiał zostać wydelegowany z ramienia każdej redakcji. A ponieważ do Tokio wyruszyłem sam, więc nie było z kim negocjować piastowania tej "zaszczytnej" funkcji.

- Twoim obowiązkiem jest zrozumienie zasad oraz harmonogramu badań oraz zostać przebadanym - zakomunikowano nam w specjalnej broszurze, w której podkreślono wiele naszych powinności.

Jak to całe testowanie wyglądało w praktyce? Pół godziny przed jedzeniem i piciem - aby uniknąć zafałszowania wyniku, najlepiej rano, należało oddać ślinę do przywiezionej wcześniej probówki. Następnie zeskanować telefonem specjalny kod QR, aby przenieść się na stronę umożliwiającą jej zarejestrowanie. Po zalogowaniu się i wypełnieniu danych z numerem akredytacji i datą urodzenie konieczne było wprowadzenie 11-znakowego numeru kodu kreskowego, a przylepną karteczką nakleić na probówce. Każdorazowo, aby misja zakończyła się sukcesem, finalnie trzeba było dostarczyć ją do specjalnie wydzielonego punktu (ja dla bezpieczeństwa wybierałem ten główny, czyli nasze centrum prasowe w Tokyo Big Sight), gdzie pod okiem wolontariuszy czekał przeznaczony do tego worek.

Dziś szczęśliwie mogę powiedzieć, nie zapeszając, że codzienny obowiązek badań przesiewowych metodą PCR jest za mną. Od teraz znacząco zmienia się dla mnie ich częstotliwość. Jeśli nie wydarzy się nic niespodziewanego, to kolejny test będę musiał wykonać dopiero 29 lipca, a więc po czterodniowej przerwie. I każdy kolejny, życząc sobie zdrowia, już w tym samym reżimie czasowym.

Artur Gac z Tokio

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama