Reklama

Reklama

Interia w Tokio. Natalia Kaczmarek: Jestem perfekcjonistką. Mój chłopak by powiedział, że bardzo upierdliwą

- Wcześniej troszkę bałam się biegać, a teraz biję „życiówkę” za „życiówką” i łamię wszystkie granice. Na początku sezonu ze starszych dziewczyn startowała tylko Gosia Hołub-Kowalik, dzięki czemu w końcu się odblokowałam – mówi w rozmowie z Interią Natalia Kaczmarek, objawienie polskiej „królowej sportu”. 23-latka z klubu AZS-AWF Wrocław, w olimpijskim debiucie, wywalczyła złoto w sztafecie mieszanej 4x400 m. Korespondent Artur Gac spotkał się z reprezentantką Polski w wiosce olimpijskiej.

Artur Gac, Interia: Czuję się pani tak, jakby od wielu miesięcy żyła w bajkowym świecie?

Natalia Kaczmarek: - Trochę tak jest, bo od hali mam właściwie bardzo dobry czas. I tak naprawdę przez pewien okres wręcz czułam się niepokonana, bo wszędzie, gdzie startowałam, wygrywałam lub osiągałam superwyniki. To coś niesamowitego, ale to mnie nie uśpiło. Jestem zmotywowana i chcę tę dobrą passę po prostu kontynuować.

Który moment, od strony mentalnej, był przełomowy i absolutnie wyjątkowo panią naładował?

- Generalnie w tym sezonie było wiele szczególnych momentów, bo każdy kolejny start upewniał mnie, że wszystko jest tak, jak być powinno. Na hali otrzymałam sporą dawkę pewności siebie, tam zdobyłyśmy medal mistrzostw Europy, startując w odświeżonym składzie. Brakowało wielu dziewczyn, a dodatkowo krótko przed biegiem dowiedziałyśmy się, że nie pobiegnie z nami Justyna Święty-Ersetic. A mimo wszystko potrafiłyśmy stanąć na podium. Innym ważnym momentem, który dobrze pamiętam, był sprawdzian w Chorzowie. Wiedziałam, że pobiegłam dobrze, bo wygrałam, ale jak gdyby nigdy nic sobie odeszłam. Nagle pojawił się przy mnie Marek Plawgo i oznajmił mi, że mam nowy rekord życiowy 51,50 s. "Weź nie żartuj" - odpowiedziałam. Gdy powtórzył, że to prawda, nie mogłam uwierzyć. "Boże, wow!" Choć i tak mówiłam sobie: "na pewno coś było nie tak, to musiało być oszukane. Jednak w każdym starcie faktycznie biegałam praktycznie poniżej 52 sekund, więc na każdym kroku udowadniałam sobie, że jestem świetnie przygotowana.

Reklama

Pani chłopak Konrad Bukowiecki, czyli nasz czołowy kulomiot, również obecny na igrzyskach w Tokio, często podkreśla pani etykę pracy, systematyczność, wręcz zacięcie do harówki. Można odnieść wrażenie, że jest pani dla niego motywatorką i wyznacznikiem tego, co powinien robić sportowiec na topowym poziomie.

- Lubię ciężką pracę i na pewno się jej nie boję. Fakt jest taki, że jestem trochę perfekcjonistką, to znaczy mocno skupiam się też na sprawach dookoła treningów, czyli na diecie, regeneracji oraz treningu motorycznemu. Bardzo się tym interesuję i w tym obszarach dokształcam. Konrad na pewno by powiedział, że jestem bardzo upierdliwa, bo często mu o tym mówię. Może ma już dosyć, bo non stop na przykład powtarzam, że ma się regenerować. Myślę jednak, że to wychodzi mu na dobre. Niewątpliwie Konrad jest świetnym zawodnikiem, osiągnął już bardzo dużo. Teraz trochę nie ma szczęścia, bo dokuczają mu problemy zdrowotne, ale znam niewielu zawodników, którzy pracują równie ciężko i nie odpuszczają. Bo on naprawdę nigdy nie odpuszcza! Czasami może aż za bardzo, co nie wychodzi mu na zdrowie. Gdy zaczęliśmy się spotykać, wtedy bardzo wiele się od niego nauczyłem. To też poprowadziło mnie w miejsce, w którym teraz jestem. Po prostu chciałam mu dorównać i non stop się rozwijać.

Można powiedzieć, że tamta uczennica dziś zaczęła przerastać mistrza.

- Troszkę tak, ale mam nadzieję, że wkrótce Konrad się odbije. A ja utrzymam obecny poziom i razem będziemy na superwysokim pułapie.

Komu z was bardziej udzieliły się emocje, gdy razem ze sztafetą mieszaną 4x400 metrów wywalczyła pani złoto olimpijskie w swoim olimpijskim debiucie?

- Myślę, że na razie bardzo on to wszystko przeżył. Z tego względu, że ja za bardzo jeszcze nie miałam czasu, by o tym wszystkim na spokojnie pomyśleć. Zresztą chyba zazwyczaj tak jest, że bardziej stresujemy się startem naszego bliskiego niż tym, co robimy sami.

Zanim na arenę stadionu olimpijskiego wkroczy pani razem z żeńską sztafetą 4x400 m, będzie naszą jedyną reprezentantką w biegu indywidualnym. Celem jest "życiówka" i coś jeszcze? Bo nie wierzę, że medal olimpijski nie rozbudził apetytu do granic możliwości.

- Ze względu na to, co dzieje się od początku sezonu, nie stawiam sobie żadnych barier. Wcześniej może troszkę bałam się biegać, a teraz biję "życiówkę" za "życiówką" i łamię wszystkie granice. Najpierw chciałam złamać 52 sekundy, a później nawet nie myślałam, żeby zejść poniżej 51 sekund. A jednak to zrobiłam! Dlaczego zatem nie przekraczać kolejnych barier? Tym bardziej, że jesteśmy tutaj, na igrzyskach olimpijskich. Mam nadzieję, że złoto w sztafecie mieszanej mnie poniesie, zdejmie ze mnie całą presję i każdym kolejnym biegiem będę się już tylko cieszyła.

Co to znaczy, że zawodnik trochę boi się biegać?

- 400 metrów to ciężki dystans, bo wiąże się z bardzo dużym zmęczeniem. Jest to sprint, ale wiadomo, jak wygląda ostatnia prosta, gdzie nieraz potrafi "odciąć". Dlatego bywało tak, że po prostu bałam się mocno ruszyć, zwłaszcza gdy biegałam z dziewczynami, które w danym momencie były ode mnie lepsze. To też stwarzało presję, że rywalizuję z takimi zawodniczkami, z którymi znów mogę przegrać. Takie klasyfikowanie się powodowało presję, która właśnie wywoływała wspomniany strach. A w tym roku mogło mi pomóc też to, że na początku sezonu ze starszych dziewczyn startowała tylko Gosia Hołub-Kowalik, dzięki czemu w końcu się odblokowałam. I to właśnie jedna ze składowym tego, że mogłam wejść na wyższy poziom biegania.

Od kilku miesięcy pani koleżanki mówiły, łącznie z Justyną Święty-Ersetic, że wynikowo numerem 1 stała się właśnie Natalia Kaczmarek, biegająca najlepiej i najszybciej. Jest pani w stanie sama o sobie powiedzieć, że jeszcze wprawdzie nie stażowo, ale właśnie patrząc przez pryzmat rezultatów istotnie stała się liderką tej kadry?

- Uważam, że teraz trochę bardziej się to wyrównało. U mnie superforma przyszła w maju i faktycznie wtedy, można powiedzieć, byłam lepsza od dziewczyn, które borykały się z kontuzjami, przez co później zaczęły startować. Myślę, ze obecnie nasz poziom jest bardzo wyrównany, więc w tej chwili na pewno już ode mnie nie odstają. A w związku z tym przestałem być taką liderką, jaką można mnie było nazwać wcześniej.

Rozmawiał Artur Gac, Tokio

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje