Reklama

Reklama

Interia w Tokio. Marcin Lewandowski o ataku rywala: Nie mam do nikogo pretensji

Marcin Lewandowski przewrócił się w biegu eliminacyjnym na 1500 m, ale po proteście działaczy awansował do półfinału. Nasz biegacz zaznaczył, że nie ma żalu do rywala, który spowodował wypadek. - Nie mam do nikogo pretensji, bo tak się biega na tym dystansie - powiedział.

- Nie myślałem o żadnym proteście. Nie ukończyłem biegu po to, żeby złożyć protest, tylko ukończyłem, bo nie wyobrażam sobie, że na moich ostatnich igrzyskach obok mojego nazwiska jest DNF. Dlatego postanowiłem dobiec, wziąłem to z pokorą na klatę - mówił świeżo po biegu eliminacyjnym Lewandowski.

- Przytoczę to po raz kolejny. Dwa dni temu odbyłem fajną rozmowę z Tomkiem, która odmieniła moje myślenie. Przytoczył fajną historię o pasterzu. Morał był taki, że czasem dla kogoś jego największe szczęście może być w przyszłości jego przekleństwem. A czasami największy pech może w przyszłości okazać się największym błogosławieństwem. Dlatego przyjąłem to z pokorą. Chcesz rozśmieszyć Boga, powiedz mu o swoich planach - dodał.

Reklama

Igrzyska olimpijskie w Tokio trwają w najlepsze - Sprawdź już teraz

Lewandowski czeka już na start w półfinale.

- Zły jestem i się cieszę. Zły jestem, bo plan był inny - dostać się spokojnie z pierwszej szóstki do półfinału. Tym bardziej, że prezentuję najlepszą formę, jaką do tej pory miałem. Nie ma co się oszukiwać, wiele osób mówi szkoda, bo trenowałem do tej imprezy rok, dwa lata. Ja trenowałem do tej imprezy 10 lat, bo każdy wiedział, nawet gdy biegałem na 800 m, że moją przyszłością jest 1500 m. Pod tym się podpisywałem od początku i byłem zawiedziony tą sytuację - powiedział nasz biegacz.

- A to, że w tym pechu dopisało mi szczęście, awansując do półfinału - cieszę się. Zamierzam udowodnić, że była to dobra decyzja i walczyć o największe laury - dodał.

Reprezentant Polski został zapytany o to, jak ponownie znalazł się w centrum wydarzeń.

- Ktoś jeszcze by powiedział, że jestem prowodyrem tego wszystkiego, ale nie sądzę. Dlatego trzymałem się tyłu, bo nie chciałem brać w tym udziału. Wiedziałem, że będzie wolno, że będą przepychanki. Gdy gdzieś pojawiła się luka, to z automatu przesuwałem się, by zająć lepszą pozycję. Te 300 m do mety to miejsce mojego ataku i stąd pewnie ta wywrotka, bo z pierwszego toru przesunąłem się na drugi. I nie tylko ja tak pomyślałem - opisywał Lewandowski.

Tokio 2020. Lewandowski: Nie mam do nikogo pretensji

- Szkoda, bo wiedziałem, że zająłbym pewną pozycję i pewnie awansował do półfinału. Najważniejsze jest to, że czuję się dobrze i nic złego nie działo się podczas biegu. Czuję się pewnie. Teraz proces ten sam, gdybym był w szóstce, czyli regeneracja, współpraca z psychologiem, odpoczynek, ładowanie baterii i tyle. Za dwa dni startujemy na jednej kresce. Nadal nazywam się Marcin Lewandowski i dalej robię swoje - analizował biegacz.

- Żegnałem się już z igrzyskami, nie spodziewałem się żadnego protestu. Działacze zrobili swoje, dzięki temu jestem w półfinale, ale wtedy o tym nie myślałem. Taka bomba adrenaliny wychodzi wtedy z ciebie, że nie myślisz o tym, bo jesteś załamany. Jednak tak jak powiedziałem wcześniej - chcesz rozśmieszyć Boga, powiedz mu o swoich planach. A plan widocznie miał być taki, że mam być w półfinale. I zobaczymy, co dalej - opowiadał.

Czy ma żal do rywala, który spowodował upadek?

- Nie wiem, nie mam do nikogo pretensji, bo tak się biega na tym dystansie - stwierdził Lewandowski.

Notował Artur Gac

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje