Reklama

Reklama

Interia w Tokio. Marcin Lewandowski: Najbardziej jest mi przykro dlatego, że w tym biegu mogłem czytać książkę

- Jeśli ktoś w tym momencie mówi, że mam wielkiego pecha, to chyba nie zna życia. Ludzie naprawdę mają tragiczne sytuacje, tracą zdrowie, życie i najbliższych. To jest prawdziwe nieszczęście, a nie brak awansu do finału igrzysk olimpijskich - mówi Marcin Lewandowski, który z powodu urazu nie dokończył półfinałowego biegu na 1500 m i zszedł z olimpijskiej bieżni. 34-latek ogłosił, że w kolejnych igrzyskach, w 2024 roku w Paryżu, definitywnie nie weźmie udziału.

Marcin, co dokładnie się stało?

Marcin Lewandowski: - Życie. Przyjechałem tutaj z drobnym urazem, ale nie chciałem wcześniej o tym mówić. Nikt tego nie wiedział, bo nie jestem osobą, która by chodziła, trąbiła na ten temat i usprawiedliwiała się przed biegami, że coś jest nie tak. Szczerze mówiąc myślałem, że temat już jest załatwiony i nic się nie wydarzy. Okazało się, że w biegu było inaczej. Asekuracyjnie wziąłem mocne leki przeciwbólowe, jednak na nic się to zdało. To znaczy w czasie biegu czułem się świetnie, to nie było tak, że od startu miałem problem. Po prostu na 250 metrów przed metą dwa razy bardzo silny prąd przeszedł mi przez łydkę. Poczułem to bardzo mocno pomimo zażycia wspomnianych medykamentów. Na pewno nie jest to mała rzecz. 

Reklama

- Najbardziej przykro jest mi z tego powodu, że - oczywiście z całym szacunkiem do rywali - ja w tym biegu mogłem czytać książkę, a oni skończyli na 3:33 (zwycięzca Jake Wightman miał czas 3:33,48, który był jego rekordem sezonu - przyp. AG). Czułem się wyśmienicie, ciągle podkreślałem, że jestem w życiowej formie. I to było widać po treningach oraz po czasach, już nawet tutaj w Japonii, choćby na rozgrzewce przy robieniu rytmów. I z tego wszystkiego to jest najbardziej przykre. Nie wiem, na jaką próbę wystawia mnie Bóg, ale jedyne co mogę zrobić, to przyjąć to z pokorą na klatę i czekać na rozwój wydarzeń.

Gdzie i kiedy przyplątał się ten uraz?

- Po mityngu w Monaco (impreza z cyklu Diamentowej Ligi odbyła się 9 lipca, Lewandowski pobił tam rekord Polski - przyp. AG). Dlatego przedwczoraj biegałem w innych kolcach, a dopiero dzisiaj założyłem te kosmiczne, które zakłada każdy, czyli z karbonem. Te kolce na pewno są rewelacyjne, ale właśnie prawdopodobnie przez nie miałem problem z łydką. O tych kolcach mówi się, że dają przewagę 1,5 sekundy, dlatego chciałem zachować je tylko na finał. Wziąłem, zaryzykowałem i zapłaciłem bardzo wysoką cenę.

O jaki problem z łydką chodzi?

- Jeszcze nie wiem dokładnie, co się stało. Teraz pewnie zrobimy USG i okaże się, czy doszło do zerwania, naderwania, czy być może jeszcze czegoś innego. Bardzo mocno wierzę w to, że ten wielki w tym momencie pech będzie moim zbawieniem w przyszłości, że Pasterz tylko się uśmiechnął...

Co dalej?

- Nie wiem, nie mam pojęcia. Zobaczymy, co wyjdzie mi z tą łydką. Oczywiście nie zamierzałem kończyć sezonu. Przede mną miało być jeszcze kilka fajnych startów, szczególnie teraz, gdy czuję tak olbrzymią moc. Fajnie by było to wykorzystać, ale jeśli się okaże, że z łydką jest źle, wtedy zakończę sezon, bo nic innego mi nie pozostanie. Przyszły rok również będzie dla mnie bardzo ważny, wprawdzie nie ma nic istotniejszego niż igrzyska, jednak będę bronił tytułu halowego wicemistrza świata i brązowego medalu na stadionie. Przede mną jeszcze sporo wyzwań i zamierzam wykorzystać świetną formę.

Będziesz trenował i pracował z myślą o igrzyskach w Paryżu?

- Nie ma takiej możliwości. Nie ma co oszukiwać siebie, kibiców i sponsorów. Na razie chcę skupić się na przyszłym roku, to będzie 110 procent zaangażowania z mojej strony, czyli tak, jak do tej pory. A co dalej? Zobaczymy. Jednak nie ma co się oszukiwać, Paryż nie będzie dla mnie. Ewentualnie w roli działacza. Powiedziałem, że dopóki noga nie będzie mi odpadała, to zawsze dokończę bieg. A dzisiaj właśnie to się stało.

A może chociaż olimpijski start za trzy lata na 5000 metrów?

- Nie, nie, nie. Pomału zbliża się taki moment, żeby w końcu spędzić czas ze swoimi najbliższymi. To jest dla mnie najważniejsze. Jak widzicie, jest we mnie wielki żal, bo zasuwałem na to ponad 10 lat. Każdy wiedział, że moja przyszłość to nie 800 m, ale właśnie 1500 m. Czekałem na ten moment, jednak się nie udało. Niemniej podkreślam to często, że bieganie nie jest moim całym życiem. Nie będę się załamywał, ani płakał, bo są dla mnie rzeczy ważniejsze. Tu oczywiście spełniałem swoje wielkie marzenia i się realizowałem, ale prawdziwe szczęście czeka na mnie w domu. Zawsze tak podchodziłem do tematu i w tej kwestii nic się nie zmienia. Jeśli ktoś w tym momencie mówi, że mam wielkiego pecha, to chyba nie zna życia. Ludzie naprawdę mają tragiczne sytuacje w swoim życiu, tracą zdrowie, życie i najbliższych. To jest prawdziwe nieszczęście, a nie brak awansu do finału igrzysk olimpijskich.

Życie napisało tu, w Tokio, nieprawdopodobny scenariusz. Ty i Adam Kszczot bezskutecznie przez lata walczyliście o medal olimpijski. Tymczasem Patryk Dobek w ubiegłym roku zmienił konkurencję, stał się 800-metrowcem i został medalistą igrzysk. Cudowne dziecko?

- Być może, nie mam pojęcia. Na pewno olbrzymie gratulacje! Dzisiaj cały dzień szukałem Patryka, niestety nie udało mi się go złapać. Chciałem zrobić sobie zdjęcie z medalistą igrzysk olimpijskich na 800 metrów. Olbrzymie szczęście, ale ono po prostu sprzyja lepszym. To powiedzenie skądś się przecież wzięło. Ja po przedwczorajszej sytuacji myślałem, że szczęście sprzyja lepszym i dlatego awansowałem do półfinału, jednak okazało się, że widocznie inne plany są wobec mnie pisane. Patryk to na pewno niesamowity talent, osiągnął to, o czym ja marzyłem przez całe życie. A on zrobił to w rok. No, kosmos!

Nacierałeś się złotym medalem, zdobytym przez naszą sztafetę mieszaną 4x400 m. Miało to pewnie przynieść szczęście...

- Rzeczywiście, w formie rozluźnienia, wcierałem w siebie ten medal. Ale przede wszystkim chodziło o to, żeby ciągle ładować się pozytywną energią, a nie przejmować i narzekać, że jedzenie jest niedobre, albo jest zbyt gorąco. To mnie nie interesowało. Chodziłem do ludzi, którzy są szczęśliwi, promieniują szczęściem i od których wychodzi pozytywna energia. Tego chciałem jak najwięcej dla siebie, dlatego z nimi spędzałem czas. (chwila ciszy) Widocznie to nie był mój dzień, ale mimo tego, że w tym momencie jestem olbrzymim pechowcem, to za takiego się nie uważam. Jestem szczęśliwym człowiekiem, szczęśliwym ojcem, mężem i przyjacielem. Jako człowiek jestem spełniony i nie ma takiej siły, mocy lub osoby, które byłyby mi w stanie to zabrać.

Zawsze emanowałeś optymizmem, nawet w najtrudniejszych sytuacjach. To wynika z właściwego ustalenia wartości w życiu?

- Myślę, że tak. Zrozumiałem to i dorosłem do tego, bo kiedyś sport faktycznie był całym moim życiem. Jednak od wielu lat już nie jest. Teraz jest tylko moim sposobem na realizację swoich marzeń, ale też dzięki niemu jestem tak szczęśliwym człowiekiem. To sport ukształtował mnie na taką osobę, jaką jestem. W pewnym sensie, w tej całej tragicznej sytuacji, jestem szczęśliwy, że to wszystko teraz mnie puściło. Zeszło ze mnie olbrzymie ciśnienie z każdej strony i poniekąd czuję się szczęśliwy, co przyznał też Piotrek Małachowski po swoim ostatnim rzucie. Radował się, że w końcu może wrócić do swoich najbliższych. Do tego po prostu trzeba dojrzeć. Ja też mam już swoje lata, swoje przerobiłem na bieżni i w życiu, dlatego najzwyczajniej w świecie teraz mogę tak mówić. Jeśli ktoś podchodzi do tego inaczej, to nie zamierzam komentować, bo każdy ma swój sposób na życie, własne cele i marzenia. 

- Ci wszyscy młodzi zawodnicy, którzy teraz tak emanują energią, przypominają mi siebie z przeszłości. Ja też kiedyś taki byłem, wszystko podporządkowywałem sportowi i mu poświęcałem. I tak naprawdę robiłem to nadal, ale już trochę inaczej. Myślę, że między innymi też dzięki tej zmianie podejścia ostatnie trzy lata były dla mnie tak rewelacyjne i zdobywałem worek medali. Nie było to dla mnie już najważniejsze, dzięki czemu nie miałem na sobie tak olbrzymiej presji. Teraz dopełniłem swoją misję, ale mam nadzieję, że przede mną jeszcze kilka fajnych startów, żeby wykorzystać obecną formę, na którą pracowałem przez tyle lat. A jeśli nie, to też nic wielkiego się nie stanie. Moja rodzina na pewno będzie bardzo szczęśliwa, jeśli zostanę w domu.

Czy już rodzi ci się scenariusz, kiedy na własnych warunkach chciałbyś definitywnie zakończyć karierę?

- Jeszcze o tym nie myślałem. Pewne jest to, że w przyszłym roku będzie z mojej strony 110 procent zaangażowania, jeśli pozwolą mi na to warunki i nie odwrócą się ode mnie sponsorzy. A co będzie później? Nie mam pojęcia, czy nadejdzie definitywny koniec, czy może będę dalej biegał. Być może "przedłużę" się do 5000 m, bo fajnie by było zakopać obecne rekordy kraju, tym bardziej, że na pewno są one do poprawienia. Nie mam pojęcia, co dalej przyniesie mi życie.

Rozmawiał i notował Artur Gac, Tokio

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje