Reklama

Reklama

Interia w Tokio. Justyna Święty-Ersetic: W pewnym momencie już chciałam się poddać. Ile razy można zaczynać z poziomu zero?

- Trzeba powiedzieć jasno, że indywidualnie żadna z nas nie ma szans na medal. A to, co możemy zdziałać w sztafecie, ma szansę być czymś równie wyjątkowym, jak w sztafecie mieszanej - mówi w emocjonalnej rozmowie Justyna Święty-Ersetic, nasza gwiazda żeńskiej sztafety 4x400 m, która w sobotę razem z drużyną miksta sięgnęła po upragniony złoty medal olimpijski. Do spotkania z dziennikarzem Interii doszło w wiosce olimpijskiej.

Takie otwarcie igrzysk w wykonaniu polskiej sztafety to coś pięknego, właściwie przeszło najśmielsze oczekiwania.

Justyna Święty-Ersetic: - Jest cudownie, ale fajnie by było, gdyby udało się dorzucić jeszcze jeden medal do kolekcji. Wczoraj (w sobotę - przyp. AG) mój tato powiedział mi, że już mogę wracać domu, bo jestem spełniona. Odpowiedziałam, że ze mnie trochę taka baba ze Śląska, jestem zachłanna i będę walczyła z dziewczynami o jeszcze jeden cel tych igrzysk.

No właśnie, jak zareagowała rodzina? Długo rozmawialiście?

- Oczywiście. Tak naprawdę telefon do najbliższych był pierwszym, jaki wykonałam. W moim domu byli znajomi, tak że nasz start w sztafecie oglądało liczne grono osób. Jeden ze znajomych nagrywał cały bieg, a w jego trakcie reakcje moich najbliższych. Na wideo widać, że wszyscy się popłakali. Widok moich rodziców i męża, którzy zalali się łzami, cały czas wywołuje we mnie ogromne emocje. Cieszę się, że mam w nich takie wsparcie.

Ten medal, z uwagi na okoliczności, dla pani samej musi smakować wyjątkowo.

- Zdecydowanie. Może w moim przypadku to jest klucz do sukcesu? (śmiech). Tak naprawdę jakiś czas temu nie było mi wesoło. Gdy zaczęłam wracać po jednej kontuzji, po koronawirusie, noga zaczęła się "kręcić". Wtedy mówię: kurczę, wracam i te igrzyska na pewno wyjdą super, a mnie będzie stać na rekord życiowy w biegu indywidualnym! Zrobiłam świetny trening, lecz niestety nie wytrzymał mięsień czworogłowy. I znów, po raz kolejny w tym sezonie, zostałam sprowadzona do parteru. Było mi już naprawdę ciężko, bo tak jak zawsze omijały mnie kontuzje, tak w tym roku wybitnie coś się przydarza. Nie będę ukrywała, był to dla mnie bardzo ciężko okres, bo z całą drużyną pracowałam na te igrzyska, a także bardzo długo na swój sukces indywidualny. Tym bardziej wyjątkową radość daje mi medal w sztafecie mieszanej. Najwidoczniej tak musiało być, czyli najpierw pod górkę, a następnie z górki.

Jak teraz ma się stan pani nogi? Pytamy, bo jednak zrezygnowała pani ze startu indywidualnego w Tokio.

- Zrezygnowałam i oczywiście jest mi przykro, a także szkoda, bo nie tak to miało wyglądać. Jednak przede mną jeszcze żeńska sztafeta i nie chcę, żeby skończyło się tak, jak w Toruniu. Oczywiście tam indywidualnie wywalczyłam medal, ale nie chcę nadwyrężać nogi. W tej chwili na pewno jest w miarę okay, lecz nie powiem, że idealnie. Po prostu nie wybaczyłabym sobie, gdyby coś mi się stało w biegu indywidualnym i przez to nie mogłabym wystartować w sztafecie. Dlatego stawiam na sztafetę, najbliższe dni poświęcę na regenerację oraz ostatnie szlify, a później do dzieła (uśmiech).

Długo biła się pani z myślami?

- Tak naprawdę miałam z tyłu głowy świadomość, że jest to jedyna słuszna decyzja, jaką powinnam podjąć. Jednak druga półkula mózgu mówiła mi, że to wielka szkoda, bo przecież moim ogromnym marzeniem było znaleźć się indywidualnie w finale olimpijskim. Natomiast trzeba powiedzieć jasno, że indywidualnie żadna z nas nie ma szans na medal. A to, co może zadziać się w sztafecie, może być czymś równie wyjątkowym, jak w sztafecie mieszanej.

A jak zareagowaliście przed finałem sztafety mieszanej na decyzję w sprawie sztafety USA, której po odwołaniu cofnięto dyskwalifikację i stanęła na starcie.

- Uważam, że to była decyzja niesprawiedliwa i trzeba to powiedzieć jasno. Zasady są jasne, a ich zawodniczka ewidentnie stała poza strefą zmian. Nas trenerzy uczulają na to, żeby zawsze stać w wyznaczonej strefie, więc powinna zostać podtrzymana decyzja o dyskwalifikacji. Sport opiera się na przepisach, dlatego nie rozumiem takiego rozpatrzenia odwołania i przywrócenia Amerykanów. W tej sytuacji dzień przed finałem powiedziałam jasno wszystkim, że chcę utrzeć im nosa i myślę, że ten sukces smakował jeszcze lepiej, bo wygraliśmy w bezpośredniej walce, co jeszcze parę lat temu było poza naszym zasięgiem. Jednak to jeszcze nie czas i miejsce na świętowanie, bo przed nami kolejne biegi, czyli sztafeta oraz indywidualny występ Natalii Kaczmarek.

Jak wysokie miejsce w pani gablocie zajmie złoto w mikście?

- Absolutnie najwyższe, bo to najcenniejszy medal. Zawsze mówiłam, że jeśli będę miał medal igrzysk, to z pewnością zajmie on szczególne miejsce w moim domu. Myślę, że po takich przebojach, jakie miałam w tym roku, gdy trzeba było udźwignąć to wszystko psychicznie... (chwila ciszy). Tak naprawdę wiele lat poświęciłam, żeby igrzyska w Tokio były wyjątkowe, a od kilku miesięcy ciągle coś stawało na przeszkodzie. Najpierw był COVID-19, później kontuzja i muszę przyznać, że w pewnym momencie już chciałam się poddać, bo uznałam, że po prostu nie dam rady. W końcu ile razy mogę zaczynać od pułapu wyjściowego z poziomu zero? Było mi bardzo ciężko, ale dzięki wsparciu najbliższych nie złamałam się. Powtarzali mi, że w 2017 roku była taka sama sytuacja, gdy doznałam kontuzji i też było mi strasznie pod górkę, a skończyło się niespodziewanie brązowym medalem mistrzostw świata. To dzięki nim udało mi się tutaj wystartować. Ważną rolę odegrał także trener, który bardzo we mnie wierzył i przed finałem powtarzam mi, że nie ma żadnych wątpliwości w moje przygotowanie. A ja mu uwierzyłam.

Bardzo obszernie odpowiedziała pani na to pytanie, choć mam poczucie, że gdyby nawet padło jedno zdanie, to i tak najwięcej mówiły pani oczy...

- O tak... Wie pan, gdy już mam wrażenie, że emocje trochę opadają, to jednak wracając myślami do tego, co działo się w finale i wcześniej, łzy od razu napływają mi do oczu. I myślę, że tak utrzyma się jeszcze przez najbliższy czas. Chciałabym jednak, żeby wszystko już powoli opadało, abym jak najszybciej i najmocniej skupiła się razem z dziewczynami na celu, który mamy do wykonania w najbliższy weekend.

Karol Zalewski powiedział nam, że ten medal fizycznie sporo waży, ale to bardzo dobrze, bo oddaje ciężar tych wszystkich lat wyrzeczeń.

- Powiedział idealnie, lepiej nie dałoby się tego ująć. To lata ciężkiej pracy, wielu wyrzeczeń, ciągłej rozłąki z najbliższymi, wielu wylanych łez na treningach i nie tylko. Dlatego to złoto jest tak naprawdę czymś niesamowicie wyjątkowych dla każdego z nas, a w związku z tym najcenniejszym.

Niesamowite osobowości spotkały się w waszej sztafecie. Na przykład pojawił się Kajetan Duszyński i oczarował wszystkich nie tylko na bieżni, ale także poza nią, opowiadając o swoim przewodzie doktorskim i zacięciu naukowym.

- Dla Kajtka jest to tak naprawdę pierwszy medal, a tu od razu igrzysk olimpijskich i w dodatku złoty! Po prostu strzał w dziesiątkę. Radość Kajtka po biegu, w trakcie rozmów z nami i wami, była kapitalna. Naprawdę byłam w ogromnym szoku. Jego zachowanie wywoływało jeszcze większy uśmiech na mojej twarzy. Uważam, że jest to osoba, do której chyba najbardziej nie dociera, co się stało i ile zrobił dla naszego zespołu oraz kraju. Pokazał siłę i swoje bardzo dobre przygotowanie do igrzysk. Pobiegł bez kompleksów, bardzo szybko zaatakował i wytrzymał do samego końca.

A jak pani przeżywała tę radość, gdy wczesną nocą weszła do pokoju i nastał tak naprawdę pierwszy, intymniejszy moment na okazanie emocji?

- Piękne było to, że w pokoju czekała na mnie Małgosia Hołub-Kowalik. Przywitała mnie i obie zaczęłyśmy płakać. Od razu też nie poszłyśmy spać, tylko rozmawiałyśmy i cały czas polewały się łzy szczęścia. Spałyśmy może z dwie godziny, po czym, gdy otworzyłyśmy oczy, spojrzałyśmy na siebie, przytuliłyśmy się i znów zaczęłyśmy płakać. To najlepiej oddaje nasz stan i nieopisaną radość z tego medalu. Nazajutrz zadałam Gosi pytanie, czy gdyby parę lat temu ktoś jej powiedział, że zostaniemy medalistkami igrzysk, w dodatku złotymi, to dałaby temu wiarę. Odpowiedziała mi, że nigdy w życiu, po czym znów zaczęłyśmy płakać.

Reklama

Rozmawiał i notował Artur Gac, Tokio

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje