Reklama

Reklama

Interia w Tokio. Iga Świątek o warunkach w wiosce olimpijskiej

Iga Świątek po zwycięstwie nad Moną Barthel nieco opowiedziała o atmosferze i warunkach, jakie panują w wiosce olimpijskiej. Reprezentantka Polski dziś awansowała do drugiej rundy turnieju indywidualnego w swoim debiutanckim występie na igrzyskach olimpijskich.

- Wszystko jest tu dla zawodników inne - otwarcie przyznała Iga Świątek w rozmowie z dziennikarzami, co jest dobitną odpowiedzią na pytanie, dlaczego specyfika igrzysk olimpijskich potrafi przytłoczyć tak wielu zawodników, łącznie z gwiazdami. Polka przyznała, że nawet słuchając swojego taty Tomasza Świątka, olimpijczyka z Seulu z 1988 roku (więcej TUTAJ prosto z Tokio!), nie spodziewała się, że bogata o nieprzecenione rady i doświadczenia już na miejscu poczuje presję nieporównywalną z żadnym innym startem.

Uśmiechnięta Iga zwróciła uwagę na wioskę olimpijską, a przy okazji odsłoniła kilka smaczków, które mają miejsce za zamkniętymi drzwiami w nabrzeżnej dzielnicy Harumi.

- W wiosce jest bardzo dużo ludzi, a przy tym czasami dużo chaosu, bo wszyscy nieraz są w jednym skupisku na stołówce, która jest głównym punktem w wiosce - opowiadała Iga.

Reklama

Iga Świątek: Jest to bardzo miłe

Zapytana, czy cieszy się w wiosce popularnością, a oznaką bywa częste zaczepianie jej przez zagranicznych lub polskich sportowców, odrzekła: - Zależy, co znaczy często. Na pewno obserwowałam na stołówce Novaka Djokovicia, do którego podchodzą po zdjęcie co 30 sekund. Natomiast ja spotkałam się może trzy razy ze sportowcami zagranicznymi z innych dyscyplin, którzy mnie kojarzyli i chcieli zdjęcie. Do tego może z pięć razy zostałam poproszona o zdjęcie przez Polaków. Jest to bardzo miłe, bo pokazuje, że ludzie doceniają moją pracę i obserwują. Cieszę się, że mam okazję poznać się z innymi sportowcami, bo jest to zupełnie co innego od podróżowania przez cały rok tylko z tenisistami - odparła Świątek.

Nie było mowy, aby nasza gwiazda tenisa w piątkowy wieczór wzięła udział w ceremonii otwarcia na Stadionie Olimpijskim, która trwała od godziny 20 do północy. Nie oznacza to jednak, że nie śledziła tego efektownego widowiska właśnie z wioski, ale też nie do końca. - Oglądałam do połowy, ale niestety nie doczekałam pochodu naszej reprezentacji, bo wcześniej poszłam spać. Myślę, jednak, że całość obejrzę z retransmisji, bo mimo wszystko to wyjątkowe przeżycie - podkreśliła Iga.

Artur Gac z Tokio

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje