Reklama

Reklama

Interia w Tokio. Cztery żywioły, "spokojny misiek" i... alarm przeciwpożarowy - oto przepis na medal olimpijski

- Na pewno ten medal fizycznie jest cięższy od tego z Rio de Janeiro. Przygotowania trwały pięć lat, przygód było więcej, więc na pewno było go trudniej zdobyć, a przez to smakuje lepiej - radowała się Maria Sajdak, jedna z bohaterek czwórki podwójnej kobiet w wioślarstwie, która w składzie z Agnieszką Kobus-Zawojską, Martą Wieliczko i Katarzyną Zillmann wywalczyła srebrny medal igrzysk w Tokio. To pierwszy "krążek" w dorobku polskiej kadry, zdobyty w piątym dniu zmagań olimpijskich.

Zmagania na torze Sea Forest Waterway, zlokalizowanym w pobliżu centrum Tokio, były rozgrywane w bardzo trudnych warunkach. Od czoła osadom powiewał porywisty wiatr, przez co woda była mocno wzburzona, więc potrzebna była technika, stalowe płuca i kapitalne przygotowanie fizyczne.

- Przez to, że warunki były wymagające, trzeba było skupić się na aspektach technicznych, co na pewno nas uskrzydliło. Ja, jako szefowa, musiałam się bardzo skupić na rytmie, ale wszystko świetnie czułam, bo dziewczyny niesamowicie "zapodawały". Miały pod nogą tyle, ile trzeba. A jeszcze pod koniec Agnieszka rzuciła dwa hasła: brąz i srebro! - emocjonowała się Zillmann, pełniąca w osadzie rolę szlakowej.

Reklama

Maria Sajdak: Coraz bardziej oswajałyśmy rosnącą falę

- Ja nie miałam ciemno przed oczami, widziałam przeciwniczki. Widziałam, co robi Kasia i jak najbardziej chciałam jej pomóc. Wszystkie razem robiłyśmy, co w naszej mocy, aby dogonić kolejne osady. A taktyka? Pierwszy tysiąc poszłyśmy mocno, ale drugi jeszcze bardziej. Lepiej nie dało się tego zrobić - podkreśliła Sajdak.

Wieliczko: Wiedziałyśmy, że w takich warunkach tylko opanowanie nas uratuje. Żeby jak najdokładniej wszystko robić.

Przekonały się o tym Niemki, które zapłaciły bardzo wysoką cenę za błąd. - Faktycznie Niemki na finiszu nieszczęśliwie złapały raka. W takich warunkach wystarcza drobna nieuwaga i wiosło już leci pod wodę. A my finisz wykonałyśmy perfekcyjnie, wszystko poszło tak, jak było zaplanowane - analizowała Wieliczko.

- Myślę, że z dystansem coraz bardziej oswajałyśmy falę, która tak naprawdę rosła. Dzięki temu, że ją ujarzmiłyśmy, to nam pomagała, bo po prostu zaczęłyśmy ją wykorzystywać. Zamiast walczyć z warunkami, myśmy się im poddały - obrazowo opowiadała Sajdak.

Marta Wieliczko: Medal dedykuję moim rodzicom

A przecież ten rok nie rozpieszczał naszej czwórki, bo wszystkie zawodniczki ze srebrnej drużyny zachorowały na koronawirusa. Zatem ostatnie miesiące nie były usłane różami, wyniki kontrolne też skłaniały do ostrożniejszych prognoz, ale wycyrklowanie zbudowania dyspozycji na imprezę docelową okazało się strzałem w dziesiątkę. - Wszystko tak się ułożyło, że byłyśmy tutaj w optymalnej formie. Jakiekolwiek tylko pojawiały się przeciwności, wspólnie sobie z nimi radziliśmy - radowała się Wieliczko, czyli nasza 26-letnia debiutantka, o której można powiedzieć, że od początku była skazana na ten sport. Jest w końcu córką Małgorzaty-Dłużewskiej, srebrnej medalistki olimpijskiej z Moskwy w dwójce bez sternika.

Córka właśnie wyrównała osiągnięcie mamy, dedykując ze wzruszenie srebro swoim najbliższym. - Ten medal jest dla moich rodziców za to, że zawsze mnie wspierali, byli i są przy mnie. To są też trenerzy wioślarstwa, więc nie można sobie wymarzyć lepszego wsparcia - wyznała z emocjami w głosie.

Zillmann pokłoniła się wielu osobom. - Na pewno tym, którzy trzymali kciuki. Trzeba też pochwalić trenera i cały związek oraz bliższe mi osoby. Chciałabym pozdrowić moją dziewczynę Julię, rodziców i całą rodzinę, która na pewno trzymała kciuki. Z tego miejsca chciałabym też przeprosić za brak kontaktu w ostatnich momentach, gdy bardzo się skupiłam, żeby mieć spokojną głową. Teraz obiecuję, że wszystko nadrobię.

Nagle alarm przeciwpożarowy! "To chyba coś ważnego"

W trakcie rozmowy nasze bohaterki przyznały, że minionej nocy w wiosce olimpijskiej powiało niepokojem.

- O godzinie 21:30 włączył się alarm przeciwpożarowy - przypomniała sobie Wieliczko.

- A tak, to było dobre! - weszła jej w słowo Zillmann i kontynuowała: - Nagle pojawiły się komunikaty po japońsku, ale jak już zaczęli mówić po angielsku, to myślimy sobie: "no dobra, to chyba coś ważnego, wyjdźmy na korytarz". Patrzymy, inni też wyszli. Jednak okazało się, że to tylko fejk. Później przyszła obsługa i go wyłączyła.

- Niemniej mieliśmy atrakcję, nie nudziłyśmy się przed startem. A rano musiałyśmy wstać o godz. 6:45, żeby na spokojnie zjeść śniadanie i nigdzie się nie spieszyć - dodała Wieliczko.

Tokio 2020 - bądź z nami na Igrzyskach Olimpijskich! Sprawdź

Od "Matki Teresy", przez "spokojnego Miśka", do "chaosu"

Nasze medalistki odniosły się także do pytania o osobowość trenera Jakuba Urbana, który w strefie wywiadów z dziennikarzami prasowymi sprawiał wrażenie osoby bardzo powściągliwej w wyrażaniu emocji. - On jest mocno stonowany, taki po prostu jest - mówiła Wieliczko.

- Trener cieszy się w środku, to jest taki nasz "spokojny Misiek". Przed biegiem finałowym powiedział nam, że stać nas tutaj na podium - mówiła Zillmann, dodając że te słowa miała w głowie i przez cały czas jej przyświecały.

Zabawę w krótki opis osobowości zapoczątkował szkoleniowiec, który Marię Sajdak określił jako "spokój", Agnieszkę Kobus-Zawojską mianem "optymistki", gotową nieść pomoc każdemu Martę Wieliczko "Matką Teresą", a Katarzynę Zillmann "poukładanym chaosem". Z kolei sam siebie nazwał "gaśnicą".

Artur Gac z Tokio

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje