Reklama

Reklama

Interia w Tokio. Anita Włodarczyk: To, co zrobiliśmy z trenerem, to mistrzostwo olimpijskie do kwadratu

- Trzeci złoty medal olimpijski był moim marzeniem, trzeci raz z rzędu chciałam zostać niepokonaną. Tu najważniejsza była psychika. Wróciłam na szczyt! - ogłosiła triumfalnie Anita Włodarczyk, światowa dominatorka rzutu młotem. W Tokio, kontynuując passę od igrzysk w Londynie, znów stanęła na najwyższym stopniu podium.

Anita Włodarczyk królową kobiecego rzutu młotem jest i basta! Polka dokonuje niewiarygodnych rzeczy. Zdobywając trzeci z rzędu złoty medal stała się pierwszą w historii lekkoatletką, która indywidualnie może poszczycić się takim osiągnięciem. Chapeau bas!

- Uwielbiam cyferki, dzisiaj jest 3 sierpnia, więc po cichu sobie od rana mówiłam, że trzeci złoty medal olimpijski będzie należał do mnie - wyznała dziennikarzom.

Polka bardzo szczerze przyznała, że tak naprawdę szybko poczuła, że ten konkurs będzie należał do niej.

- Po pierwszym rzucie wiedziałam, że popełniłam błąd i trener od razu mi powiedział, co mam skorygować. Od drugiego już wiedziałam, że muszę iść na całość. Te 76,01 m technicznie rzuciłam bardzo źle, niemniej właśnie wtedy pomyślałam sobie, że będę miała medal. Od razu przypomniałam sobie, że zawsze na dużych imprezach poprawiam się z kolejki na kolejkę. Teraz też sobie tego życzyłam, a po 78,48 m emocje już opadły. Wiedziałam, że nikt mnie nie przerzuci - przyznała nasza arcymistrzyni.

Reklama


Włodarczyk mówiąc o planie na przekonujące zwycięstwo zwróciła uwagę, że konkurs rozpoczął się nieciekawie dla wielu zawodniczek. To znaczy wiele rzutów było spalonych.

- To, co dzisiaj robiły Amerykanki, to był dramat. Myślę, że tutaj wygrało doświadczenie. Były to moje czwarte igrzyska, więc wiedziałam, jak sobie z ich ciężarem poradzić. Wygrywała głowa i panowanie nad emocjami. Najważniejszą rolę odegrała kwestia psychiki - orzekła nasza weteranka.

Ten medal dla Włodarczyk jest tym cenniejszy, że od dawna z powodu problemów zdrowotnych toczyła zaciekłą walkę z czasem. Musiała poddać się dwóm zabiegom kolana, ale nie straciła nadziei, że będzie w stanie przygotować formę na najważniejszą imprezę.

- Sezon nie zaczął się dobrze, ale ja byłam spokojna. Wiedziałam swoje, bo po prostu znam swój organizm i wiem, jak reaguje na obciążenia treningowe. Potrzeba było czasu, a to, co zrobiliśmy z trenerem, czyli przygotować formę w dziewięć miesięcy, to mistrzostwo olimpijskie do kwadratu. Coś niesamowitego! Miałam super sztab medyczny, ale po tych dwóch, ciężkich latach, optymizm i wiara mnie nie opuszczały. I wróciłam na szczyt - radowała się Włodarczyk.

O ile konkursem życia, jak twierdzi młociarka, był jej olimpijski finał w Rio de Janeiro, to ze względu na okoliczności tokijska wiktoria również ma absolutnie wyjątkowy smak. Ale to nie oznacza, że właśnie nadszedł czas na finalne podsumowania. Włodarczyk sama wywołała temat, czy w ogóle myśli o rozbracie ze sportem i ogłosiła, jakie ma plany.

- Cały czas, już tutaj w wiosce, żartowałam z dr Robertem Śmigielskim, że na pewno nie będę kończyła kariery, mimo że mam 36 lat, bo wiek tutaj nie gra roli. Jestem zregenerowana i jeszcze na pewno będę trenować. Czy do igrzysk za trzy lata? Paryż jest blisko, ja tam nigdy nie byłam, więc mam nadzieję, że jeszcze tam się zobaczymy - zapowiedziała Włodarczyk. I to jest druga, po złotym medalu, wiadomość dnia zaserwowana przez naszą mistrzynię!

Artur Gac z Tokio

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje