Reklama

Reklama

Interia w Tokio. Anita Włodarczyk: Tak pewnego rzutu w tym sezonie jeszcze nie miałam

Szybka robota i powrót do wioski olimpijskiej - Anita Włodarczyk w najlepszy możliwy sposób przebrnęła kwalifikacje rzutu młotem na igrzyskach w Tokio, a odległością 76,99 m postraszyła rywalki. - Jak zakręciłam, to myślałam, że młot poleci w granicach 72 m, bo zrobiłam to na 40 procent - mówiła rekordzistka świata. Te słowa oznaczają, że wielka forma wróciła!

Anita Włodarczyk od wielu długich miesięcy toczyła trudną walkę z czasem. Do koła wróciła dopiero po 693 dniach przerwy.

W pewnej chwili nawet spekulowano, czy z powodu kontuzji kolana, dwóch zabiegów i rekonwalescencji zdąży przygotować się do startu w Japonii. Jak widać, wszystko udało się znakomicie wycyrklować, czego efektem świetna próba Polki już w pierwszym rzucie eliminacyjnym. A że minimum wynosiło tylko 73,5 m, nasza gwiazda szybko zakończyła swoją dzisiejszą pracę na Stadionie Narodowym.

- Mówiliśmy, że forma ma przyjść na igrzyska, więc jeden krok już wykonałam, pokazując jak dobrze jestem przygotowana. Dzisiaj 1 sierpnia, a ja pierwszy rzut po przerwie oddałam 1 grudnia, więc zaczynam dopiero dziewiąty miesiąc treningu. Nigdy tak nie miałam, żeby w tak krótkim okresie dojść do takiego poziomu, więc jestem bardzo zadowolona - podkreśliła w strefie wywiadów nasza dwukrotna mistrzyni olimpijska, która w Tokio ma szansę na klasycznego hat-tricka.

Najlepsze jest to, że pierwszy rzut był swoistą niespodzianką nawet dla samej zawodniczki, biorąc pod uwagę, na ile procent podeszła do premierowej próby w Tokio.

Reklama

- Gdy zobaczyłam ten wynik, zważywszy ile w niego włożyłam, poczułam duże zaskoczenie. W pierwszych słowach trener powiedział mi, że rzut był luźno i obszernie zakręcony, a w tym wszystkim naprawdę jest duża rezerwa. Teraz życzę sobie, żeby we wtorek tak samo rozpocząć konkurs - mówiła czterokrotna mistrzyni globu i czterokrotna mistrzyni Starego Kontynentu.

Kibicuj naszym na IO w Tokio! - Sprawdź

Studio Ekstraklasa na żywo w każdy poniedziałek o 20:00 - Sprawdź!

Upały w Japonii, połączone z wysoką wilgotnością powietrza, tak jak dzisiaj, gdy w pełnym słońcu trudno złapać oddech, przesadnie nie dają się we znaki polskiej młociarce.

- Jestem przyzwyczajona, w Rio było gorzej. Teraz spojrzałam na temperaturę i było 37 stopni Celsjusza (przed godziną 10 rano czasu lokalnego), ale finał w Brazylii miałam o godz. 11, gdy było ponad 40 stopni. To mnie nie przeraża, jestem na to przygotowana, mam przy sobie kamizelki chłodzące. Nie ukrywam, że lecąc do Japonii myślałam, że będą tu takie same temperatury i wilgotność, jak w Dosze w Katarze. Natomiast porównanie wypada zdecydowanie lepiej na korzyść Japonii - dodała Włodarczyk.

W tej połówce eliminacyjnej Polka zajęła 1. miejsce i zdecydowanie odjechała rywalkom. Druga była Brooke Andersen z USA (74 m), a trzecia Alexandra Tavernier z Francji (73.51 m).

Włodarczyk bardzo ucieszyła się z wczorajszego, pierwszego dla naszej drużyny złotego medalu na igrzyskach i szczerze pogratulowała koleżankom i kolegom ze sztafety mieszanej. - Panuje trochę grobowa atmosfera, bo słabo zaczęliśmy te igrzyska, bez medali w pierwszych dniach. Na szczęście ten worek już został rozwiązany i mam nadzieję, że na ostatniej prostej jeszcze kilka do niego dorzucimy - zapowiedziała Polka.

A przed finałem mocno postraszyła najgroźniejsze rywalki. - Wiem, że gdybym tak rozpoczęła konkurs, to jeszcze dużo mogę dorzucić. Przed mistrzostwami Polski odpowiedziałam, że nie dam rady rzucić 80 m, a teraz, po tak luźnym rzucie w eliminacjach, mogę zmienić zdanie - ogłosiła Włodarczyk.

W Japonii nasza gwiazda w ogóle czuje się fantastycznie, mówi że pokochała kuchnię japońską, a takiego jedzenia jak w wiosce olimpijskiej nie uświadczyła na żadnych wcześniejszych igrzyskach. - Niczego mi nie brakuje, ale zabrałam też swoją owsiankę i ekspres do kawy. Natomiast nie przewidziałam, że jest inne napięcie prądu, więc ekspres nie działa (śmiech). Już nie zdążyliśmy kupić w Takasaki transformatora, ale na szczęście na stołówce jest super kawa, której jestem wielbicielką. Pamiętałam, że w Rio była robiona z proszku, więc wolałam się zabezpieczyć.

Artur Gac z Tokio

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje