Reklama

Reklama

Tokio. Polski sędzia prowadzi najważniejsze mecze igrzysk

Polak Marcin Grochal prowadził ćwierćfinał igrzysk olimpijskich, w którym Indie pokonały Wielką Brytanię. Teraz będzie sędziował półfinał między Australią a Niemcami. Jest jednym z polskich sędziów w Tokio.

Radosław Nawrot: Polski sędzia prowadzący w hokeju na trawie mecz Indii z Wielką Brytanią to tak jakby w piłce nożnej polski arbiter prowadził mecz Brazylii z Włochami?

Marcin Grochal: Może wymieniłbym Włochy na Anglię jako kolebkę piłki nożnej. Ona jest też kolebką hokeja na trawie i jedną z mocniejszych reprezentacji na świecie. Teraz jednak hokej rozproszył się po świecie, Indie wracają na szczyt, ale mamy już wiele potęg w Europie. Ten ćwierćfinał między Indiami a Wielką Brytanią, który prowadziłem, był bardzo ciekawy, a Indie po 40 latach wracają do olimpijskiego półfinału, w którym przez wiele lat bywały regularnie. A przecież dziś awansował jeszcze ich zespół kobiet.

Reklama

Meczów kobiet nie sędziujesz?

- Nie. Jest osobny zespół sędzin, prowadzących mecze kobiet na igrzyskach. Na innych imprezach i turniejach federacja powoli zaczyna mieszanie sędziów, kobiety i mężczyźni prowadzą mecze niezależnie od płci, ale na igrzyskach na ten krok się jeszcze nie zdecydowano.

Polski sędzia na igrzyskach to wydarzenie. I to w grze, która w Polsce nie jest zbyt popularna. Jesteś naszym łącznikiem z wielkim światem.

- To honor, bo reprezentuję Polskę, mimo iż nie ma tu naszej reprezentacji. Mamy nieco sędziów w Tokio, jest ich około dwudziestu w różnych sportach, także w siatkówce i piłce ręcznej. Hokej na trawie jednak rzeczywiście aż tak popularny w Polsce nie jest, tym bardziej się cieszę, że tu jestem.

Hokej na trawie uprawiamy głównie w Wielkopolsce, na Pałukach, w Toruniu, Śląsku i kilku jeszcze pojedynczych punktach. Większość kraju w ogóle nie zna tej gry.

- Był taki moment, by tę dyscyplinę rozpropagować przy okazji igrzysk w Sydney w 2000 roku, gdy awansowała na nie polska drużyna. To się chyba nie udało. Teraz w Polsce trwa praca u podstaw. Zdobycie młodzieży jest jednak trudne, a ona jest fundamentem. Ciężko dzieci w ogóle przyciągnąć do sportu, gdyż mają wiele konkurencyjnych zajęć. A żeby w tym sporcie wybrały jeszcze hokej na trawie, to podwójnie niełatwe.

A z twojej perspektywy co jest atrakcyjnego w hokeju na trawie?

- Lubię rodzinny charakter tego sportu, czego sam jestem dowodem, gdyż przecież z hokejem związany jest też mój brat. Lubię ten poziom wzajemnego szacunku, jaki obowiązuje w tym sporcie, między zawodnikami i oficjelami. Lubię wreszcie to, że jest wciąż nieskalany, dziewiczy. Nie ma w nim takiego biznesowego wymiaru, więc brak sukcesów komercyjnych może okazać się też zaletą. To taki prawdziwy sport dla pasjonatów, dla których nie stanowi źródło utrzymania, ale pasję.

Taki sport w starym olimpijskim rozumieniu? Zahaczający o amatorstwo?

- W Polsce zdecydowanie zahaczający o amatorstwo. Tu inwestujemy własny czas i pieniądze, aby go uprawiać. 

Są jednak kraje, w których hokej na trawie jest masowy. I to nie tylko Indie.

- Anglia, Niemcy, Holandia, Argentyna, Australia, także w Stanach Zjednoczonych u kobiet - to kraje, które mają w hokeju ogromne zasoby ludzkie. Nam najłatwiej spojrzeć na Belgię, która niedawno była na naszym poziomie, a teraz programami rozwojowymi weszła na poziom mistrzowski. Belgia była mistrzem świata, wicemistrzem olimpijskim i wiem, że nasz związek się na Belgach i ich szkoleniu wzoruje w kwestii rozwoju i selekcji dzieci. Przykładem są campy dla dzieci, niedawno jeden zakończył się w Wałczu. To jednak długa droga, wymaga wytrwałości przez dłuższy okres czasu.

Hokej na trawie to sport rodzinny i z wzajemnym szacunkiem, ale sam brałeś udział w starciu dwóch potęg, Indii i Pakistanu? Mówiono, że byłeś rozjemcą w wojnie indyjsko-pakistańskiej.

- Sędziowałem ich mecz kilkanaście lat temu, w 2008 roku, na turnieju w Indiach. Gospodarze zagrali w półfinale z sąsiadem, Pakistanem. Od jakiegoś faulu przez przepychankę doszło do regularnej bijatyki całych drużyn. Trzeba ich było rozdzielać i kilku graczy usunąć. Ta historia czasem do mnie wraca, istotnie, ciekawe doświadczenie, ale dzisiaj to już tylko anegdota.

To są sprawy wykraczające poza sport, podteksty przenikające do niego z zewnątrz. To rzadkość, ale gdy się pojawiają, dodają smaczku rywalizacji. Przeżywanie sportu w emocjach mobilizuje zawodników i kibiców.

Skąd się wziął fenomen tego sportu w Indiach i Pakistanie?

- Wydaje mi się, że z czasów kolonialnych. Hokej na trawie dostarczyli tam Brytyjczycy i jest on popularny w całym Commonwealthcie. W Indiach i Pakistanie bardzo się przyjął, jest tam jednym ze sportów narodowych.

W każdym innym sporcie zespołowym Indie są raczej bite, a tu proszę!

- Nie zapominajmy jeszcze o krykiecie, w którym są potęgą. To tez pokłosie Wspólnoty Brytyjskiej. Pod tym względem krykiet i hokej na trawie przeszły podobną drogę w tych rejonach świata.

Hokej na trawie ma swoją specyfikę, bo np. występują tu zielone kartki. Przepisy jednak chyba trochę przypominają piłkę nożną?

- Mam wrażenie, że niedawno testowane przepisy piłki nożnej i zachodzące w nich zmiany zostały wręcz skopiowane z hokeja na trawie. To sporty nieco podobne, aczkolwiek są różnice. Tu też gra jedenastu graczy. Mamy zielone, żółte i czerwone kartki. Zielona oznacza czasowe wykluczenie z gry na dwie minuty, żółta - na pięć minut, a czerwona - całkowicie. Mamy płynne zmiany w każdej liczbie, czyli hokejowe. Strzały na bramkę można oddać tylko z wyznaczonego półkola strzałowego, spoza niego gol się nie liczy. Piłkę można wbić tylko płaską częścią hokejowej laski, gdyż ma ona też drugą część wypukłą. Mamy autozagranie, gdy zawodnik przy aucie czy rzucie wolnym może sam pobiec dalej z piłką. A piłka jest wielkości tej tenisowej, ale ma twardość tej do golfa. Leci bardzo szybko i nie polecam przyjąć jej na ciało.

Oberwałeś nią?

- Kilka razy. Nie jest to miłe.

Specyfiką hokeja na trawie są też krótkie rogi. Na czym polegają?

- To zagranie z linii końcowej, przyznane za faul we własnym półkolu strzałowym. Jest to bardzo spektakularne zagranie, bo piłka zagrywana jest z tej linii na koniec półkola strzałowego, a w tym czasie bramkarz i obrońcy zespołu karanego biegną w stronę piłki. Gdy się to widzi po raz pierwszy, można odnieść wrażenie, że ich misja jest samobójcza. Biegną rozpaczliwie wprost na strzelających, próbują zatrzymać piłkę kijem, ryzykując oberwanie piłką. Wymaga to sporej odwagi, bo piłka leci jak pocisk.

Te igrzyska są specyficzne w pandemii. Obostrzenia dotykają też sędziów?

- Są zdecydowanie specyficzne, inne niż w Rio czy Londynie. Nie możemy się sami poruszać, jedyną linię komunikacyjną jaką mam jest ta na trasie hotel - boisko. Podstawiają nam transport. Jedzenie mam tylko w hotelu, ewentualnie dostawa typu Uber eats. Codziennie rano oddajemy próbkę na test covidowy, po 12 godzinach są wyniki. Na szczęście, w hokeju na trawie wśród sędziów nie było jeszcze pozytywnego. Maseczki, siedzenie w bańce, brak spotkań czy zwiedzania, brak podejmowania gości, a jedyny kontakt z zawodnikami mamy na boisku. Oni mają przynajmniej wioskę, my tylko hotel.

Kto będzie sędziował finał? Może będziemy mieli Polaka w finale?

- Jeszcze nie wiadomo. Obsadę dostajemy dzień przed meczami. W środę się dowiemy.

Rozmawiał Radosław Nawrot

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje