Reklama

Reklama

Tokio 2020. W piłce ręcznej jak w siatkówce: słaba grupa się nie opłaca

Mistrzynie świata z Holandii nie zagrają w półfinale turnieju olimpijskiego piłkarek ręcznych, bo wyraźnie lepsze od nich okazały się dziś Francuzki. Znów okazało się, że gra w fazie grupowej ze słabymi rywalami nie popłaca.

Przekonali się już o tym polscy siatkarze, którzy w fazie grupowej mieli trudniejszy mecz z Iranem, dość lekko przeszli Włochów, a mecze z Wenezuelą, Kanadą czy Japonią mogli potraktować raczej sparingowo. Gdy jednak przyszło do gry z zespołami z drugiej grupy, polegli. Bo Francuzi, Brazylijczycy, Rosjanie czy nawet Argentyńczycy w każdym spotkaniu walczyli o życie, czego efektem było wyeliminowanie Amerykanów. - Gdybym mógł coś zmienić, chciałbym się znaleźć w drugiej grupie. Nie po raz pierwszy na igrzyskach zespoły, które w fazie grupowej muszą walczyć o awans, eliminują te, które miały łatwiej - mówił trener polskich siatkarzy Vital Heynen po przegranym meczu z Francją. Z "polskiej" grupy w ćwierćfinale poległy wszystkie zespoły.

Reklama

Tragiczne dziesięć minut Holandii

 Dziś jego słowa pewnie mógłby powtórzyć trener Holandii Emmanuel Mayonnade. W kobiecej piłce ręcznej różnica między drużynami z jednej i drugiej grupy też była spora, bo w grupie B wystąpiło sześć bardzo mocnych ekip, a w grupie A - tylko dwie. I one zachwycały - Norwegia i Holandia początkowo wyraźnie ogrywały wszystkie rywalki, ich bezpośredni mecz w końcu był zacięty. Holenderki przegrały i trochę spuściły z tonu, bo ostatnią potyczkę z Czarnogórą wygrały już nieznacznie. Dziś za to zmierzyły się z Francją, wicemistrzem olimpijskim z Rio de Janeiro, która cztery spotkania miała "na styku", a dopiero na końcu w ładnym stylu ograła niezłą Brazylię. Kto był faworytem? Wydawało się, że Holandia, tak efektownie grająca na początku turnieju. Tymczasem w 12. minucie było już praktycznie pewne, że sprawa awansu została rozstrzygnięta. Rzadko bowiem udaje się wrócić do gry, gdy traci się co minutę bramkę i przegrywa 3-12.

Tokio 2020 - bądź z nami na igrzyskach olimpijskich! Sprawdź 

Trener Mayonnade widział, co się święci - o drugą przerwę poprosił już w 10. minucie. Cztery trafienia Francuzki zaliczyły po kontratakach, a wcale nie miały stuprocentowej skuteczności. - Pierwsze minuty to była kompletna katastrofa. To były najgorsze minuty jakie kiedykolwiek widziałem w wykonaniu mojego zespołu - mówił Francuz prowadzący Holenderki. A pogrążyła go skrzydłowa Laura Flippes, którą przecież prowadził w zeszłym sezonie, podobnie jak Grace Zaadi, w Metz Handball. Holenderki stać było już tylko na jeden zryw, gdy po czterech bramkach z rzędu doprowadziły w 26. minucie do wyniku 11-16.  Trzy kolejne ciosy zadały jednak Francuzki i do przerwy było aż osiem bramek różnicy - 19-11.

Francja nie pozwoliła

 Piłka ręczna zna przypadki, gdy taką różnicę udaje się odrobić. Wystarczy wspomnieć finałowy mecz Ligi Mistrzów Vive Kielce z Veszpremem w 2016 roku, gdy kielczanie na 14 minut przed końcem przegrywali 19-28, a doprowadzili do dogrywki i później wygrali. Albo mecz Polski ze Szwecją na mistrzostwach Europy w 2012 roku, gdy do przerwy było 9-20, a skończyło się na 29-29. Francuzki jednak na to nie pozwoliły - sześć bramek różnicy to maksimum, na które było stać mistrza świata. W 49. minucie różnica wynosiła już 10 trafień (29-19) i to była deklasacja. Holenderki kompletnie nie radziły sobie z defensywą rywalek, fatalną skuteczność miała doskonała przecież Inger Smits. Tylko że ona, podobnie jak Lois Abbingh, występowała z kontuzją. Holenderki już drugi raz zmarnowały szansę na olimpijski medal - pierwszą pięć lat temu w Brazylii, gdy w półfinale też uległy Francji, a później jeszcze Norwegii. Trzecią, być może ostatnią dla tego pokolenia, dostaną w Paryżu. Ale już ostatnią, bo dziś aż sześć zawodniczek miało już ponad 30 lat.

Niespodziewane kłopoty Norwegii

Z grupy A awansowała tylko Norwegia, ale i ona musiała się mocno napracować na końcowy triumf w starciu z Węgierkami. Rywalki były na fali wznoszącej - przegrały co prawda trzy pierwsze pojedynki, ale kolejne dwa wygrały i wskoczyły do ćwierćfinału. A w nim nie zamierzały poddać się mistrzyniom Europy bez walki. Dość powiedzieć, ze na 10 minut przed końcem meczu po trafieniu Nadine Schatzl Węgierki prowadziły 21-20. Końcówka należała do Norwegii (6-1), która do 50. minuty popełniła aż 16 błędów technicznych, a w decydujących żadnego. Zadecydowała obecność Nory Moerk - świetnie rozdzielającej piłkę, prawdziwego lidera drużyny oraz bramkatrki Katrine Lunde (pięć obron na osiem rzutów rywalek).

Bez problemu za to awansowały dwie czołowe drużyny z grupy B: Rosyjski Komitet Olimpijski pokonał Czarnogórę, a Szwedki rozbiły Koreę Południową.
Andrzej Grupa

Wyniki ćwierćfinałów:

Czarnogóra - Rosyjski Komitet Olimpijski 26-32 (15-17)
Norwegia - Węgry 26-22 (12-10)
Szwecja - Korea Południowa 39-30 (21-13)
Francja - Holandia 32-22 (19-11)

Półfinały w piątek:
Francja - Szwecja (godz. 10 polskiego czasu)
Norwegia - Rosyjski Komitet Olimpijski (godz. 14)



Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje