Reklama

Reklama

​Tokio 2020. Novak Djoković na liście największych przegranych

Jedną rakietę złamał, drugą z wściekłości cisnął w trybuny - olimpijski start w Tokio serbski tenisista Novak Djoković zakończył na tarczy. W szczytowym momencie kariery.

Opowieść o złotym Wielkim Szlemie została brutalnie przerwana przez Alexandra Zvereva. Po dramatycznej batalii o olimpijski finał, Niemiec nie potrafił powstrzymać łez wzruszenia, po czym wycedził słowo "przepraszam" czując coś między współczuciem i podziwem dla pokonanego przeciwnika.

Tokio 2020. Djoković na tarczy

Djoković wygrał 20 turniejów wielkoszlemowych, Zverev ani jednego. Mający rosyjskie korzenie 24-letni Niemiec uważa Serba za tenisistę wszech czasów i nie jest to opinia przesadnie kontrowersyjna. Tylko genialny Roger Federer i król Paryża Rafael Nadal mają szansę podjąć dyskusję z dokonaniami Djokovicia. Serba można lubić, lub mniej, ale dziś jest bezdyskusyjnym numerem 1 męskiego tenisa.

Reklama

Jego start w Tokio był wydarzeniem dla świata sportu. Choć tenis jest jak piłka nożna - najwyższych laurów i zaszczytów nie rozdaje się na igrzyskach. Olimpiada to ten moment, gdy tenisowi milionerzy grają na chwałę swojego kraju. Nadal podarował złoto Hiszpanii w 2008 roku w Pekinie, Federer srebro Szwajcarii cztery lata później na igrzyskach w Londynie.

Szansa na wygranie w jednym sezonie Australian Open, Rolanda Garrosa, Wimbledonu, US Open i olimpijskiego złota zdarza się raz na cztery lata. Żaden mężczyzna jeszcze tego nie dokonał, Djoković miał być pierwszy. Wydawało się, że w Tokio wykona kolejny krok w tym kierunku, a za miesiąc napisze ostatni rozdział historii na kortach Nowego Jorku. Uchodzący za niespełniony talent Zverev do tego nie dopuścił.

Do Tokio nie wybrali się ani Nadal, ani Federer. Novak się wahał, szczególnie wtedy, gdy okazało się, że trzeba będzie grać przy pustych trybunach. Ojciec Djokovicia, były narciarz alpejski odradzał synowi daleką podróż przez kilka stref czasowych. Sławny syn odparł, że uważa to za swój patriotyczny obowiązek. I wsiadł w samolot.

Do półfinału wszystko szło gładko. Pierwszego seta w pojedynku ze Zverevem Novak wygrał 6-1. Kto by wtedy pomyślał, że następnego już nie da rady. I że nie będzie potrafił pozbierać się na mecz o brąz z 30-letnim Hiszpanem Pablo Carreno-Bustą, którego życiowym sukcesem jest półfinał US Open 2020. Na koniec okazało się, że z powodu urazu Djoković nie jest w stanie powalczyć o podium w mikście.

Tokio 2020. Presja Novaka

Start Serba w Tokio zakończył się traumatycznie. W chwili, gdy jest o mały krok od statusu tenisisty wszech czasów. Jedyny raz stał na podium igrzysk w Pekinie. W półfinale stoczył wtedy zacięty bój z Nadalem. Przegrał w trzech setach, ale na mecz o brąz z Amerykaninem Jamesem Blake był gotowy. A przecież 13 lat temu uchodził za tenisistę o marnej odporności psychicznej. Sam przyznaje, że to był wtedy jego największy problem.

W styczniu 2008 roku wygrał Australian Open - swój pierwszy turniej wielkoszlemowy. Na kolejny czekał jednak aż trzy lata. Potem nadszedł dla niego czas przełomu.

Djoković oswoił się z presją wielkich meczów jako sportowiec 24-letni. W Tokio wypowiedział słowa, które, zapewne niesłusznie, odebrano jako krytykę japońskiej tenisistki Noami Osaki i amerykańskiej gimnastyczki Simone Biles. Biles była królową igrzysk w Rio de Janeiro i tak samo miało być w Tokio. Przegrała ze stresem, odwołała starty wprawiając kibiców w konsternację.

Kroczący na japońskich kortach od zwycięstwa do zwycięstwa Serb przekonywał, że presja jest przywilejem dla zawodnika. Że bez niej w ogóle nie ma zawodowego sportu. "Jeśli chcesz być na szczycie, musisz sobie z nią radzić. Ja opracowałem specjalne mechanizmy, by mnie nie męczyła. Mam wystarczające doświadczenie, by wiedzieć jak wyjść na kort i grać swój najlepszy tenis" - przekonywał. 

Pierwszą noc w Tokio przegadał z serbskimi koszykarkami i judoczkami, które pytały go o odporność na stres, jak radzić sobie z presją, jak pokonywać kryzysy w czasie meczów. - Dużo o tym mówiłem, ale szczegóły zachowam dla kolegów - powiedział. Słowa miały obrócić się przeciw niemu.

W starciu z Hiszpanem połamał jedną rakietę, inną cisnął w trybuny. Szybko się okazało, że nawet 34-letni mistrz ma swoje słabości i granice. Serb odebrał w Tokio lekcję pokory, a kibice mają dowód, że sport nie lubi oczywistych rozwiązań. Nikt nie jest skazany na sukces.

Nazwisko Djokovica będzie figurowało na liście wielkich przegranych igrzysk w Tokio. Czy to wpłynie na jego psychikę przed US Open? Od czasów Roda Lavera (1969 rok) żaden tenisista nie zdobył Wielkiego Szlema. Za miesiąc Novak dostanie wielką szansę rewanżu. Jeśli ją wykorzysta, porażki ze Zverevem i Carreno-Bustą staną się mało znaczącym epizodem. Serb spojrzy na Federera, Nadala i wszystkich innych tenisistów w historii z wyżyn swoich dokonań.

Może nie jest takim geniuszem jak Szwajcar, z pewnością dojrzewał dłużej niż Hiszpan, w końcu jednak osiąga tyle samo, a może się okazać, że nawet więcej. Herosów sportu opisują ich zwycięstwa, ale w takim samym stopniu sposób w jaki podnoszą się po porażkach. Djoković podjął wymagające wyzwanie w Tokio w odróżnieniu od kilku innych gigantów. Jego fiasko tworzy historię tych igrzysk.

Kariera zawodowego sportowca to nieustanny roller coaster. Po zwycięstwach wynoszeni na piedestał, po porażkach spychani w przepaść - choćby dali z siebie 100 procent. Może dlatego są jak doktor Jekyll i pan Hyde?

Jeśli igrzyska to wciąż czas, gdy liczy się coś jeszcze poza wynikiem, powinniśmy docenić wysiłek Serba bez względu na frustrację jego rodaków.

Dariusz Wołowski



Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje