Reklama

Reklama

Tokio 2020. Azjatycka dominacja wśród szpadzistów

Niespodzianki są solą sportu i bardzo często budzą u kibiców największe emocje. Turniej drużynowy szpadzistów w Tokio był w nie szczególnie bogaty. Do pewnego momentu, trafiały się w nim bowiem niemal same nieoczekiwane rozstrzygnięcia. Zawody zdominowali Azjaci, którzy sięgnęli po dwa z trzech medali. W tym ten z najcenniejszego kruszcu.

Po turnieju indywidualnym szpadzistów, w którym komplet medali przypadł szermierzom z Europy,   spodziewano się, że również i w zmaganiach drużynowych zawodnicy ze Starego Kontynentu podzielą między siebie wszystkie laury. Zapowiadało się ciekawie, ale chyba nikt nie spodziewał się, że będzie aż tak ciekawie.

Już w ćwierćfinale Japończycy, którzy musieli walczyć o awans z reprezentacją Stanów Zjednoczonych, sensacyjnie pokonali faworytów do złota Francuzów, sprawiają swojej publiczności, zgromadzonej niestety tylko przed telewizorami, bardzo przyjemną niespodziankę. Choć zaczęło się planowo, bo od prowadzenia francuskich szpadzistów, to później do głosu doszedł nieco niespodziewanie Koki Kano, który najpierw odprawił 5:2 Alexandre’a Bardeneta, a później, w decydującym starciu, pokonał 9:6 Yannicka Borela, dzięki czemu Japończycy wygrali 45:44!

Reklama

To zresztą nie był koniec niespodzianek, bowiem Chińczycy medalowych szans pozbawili wyżej notowanych Ukraińców, u których zawiódł brązowy medalista z rywalizacji indywidualnej Igor Rezlin, wygrywając zaledwie jeden pojedynek. Warto zwrócić uwagę na walkę rezerwowego Anatolija Hereja z Minghao Lanem, która zakończyła się rzadko spotykanym w drużynowej rywalizacji wyniki 13:11 dla chińskiego szpadzisty.

Kibicuj naszym na IO w Tokio! - Sprawdź 

Zaskoczyli również Rosjanie, eliminując Włochów i po raz kolejny udowadniając, że ich komitet jest skuteczniejszy od innych komitetów. Olimpijskich oczywiście. Ostatnim półfinalistą została Korea Południowa, dopełniając obrazu niespodzianek, bowiem w ćwierćfinałach wszystkie wyżej notowane zespoły przegrały. Ot, rankingi nie grają. I nie walczą.

Ta zasada potwierdziła się zresztą również w pojedynkach o wejście do finału, gdzie Chińczycy ulegli rosyjskiej drużynie, a Japonia pokonała Koreańczyków. Gdyby fani gospodarzy mogli zobaczyć to na żywo, przecieraliby oczy ze zdumienia co robią ich pupile. Znów błysnął Kano, choć ostatni pojedynek z Sangyoungiem Parkiem przegrał 8:10. Mimo to "dowiózł" wysokie prowadzenie zawodników z Kraju Kwitnącej Wiśni i zapewnił im kolejny, bardzo mocno nieoczekiwany medal.

W pojedynku o trzecią lokatę byliśmy świadkami małej "Bitwy o Azję", którą, po niezwykle wyrównanym starciu wygrali Koreańczycy. Po ośmiu pojedynkach był remis 34:34, ale w decydującym momencie lider koreańskiej ekipy Park pokonał, po bardzo interesującej walce, Chao Donga 11:8 i ostatecznie to jego kraj będzie mógł dopisać sobie do swojego dorobku medalowego kolejny krążek.

Ten turniej niespodzianek mógł skończyć się tylko w jeden sposób. Niespodzianką w finale. Skreślani od samego początku Japończycy w starciu z Rosyjskim Komitetem Olimpijskim udowodnili, że ten dumny naród wciąż płodzi prawdziwych wojowników. Wygrana gospodarzy 45:36 to jedna z największych, o ile nie największa, sensacja na tokijskiej planszy. Ostatni pojedynek stoczył nie kto inny jak Koki Kano, który pokonał Siergieja Bidę. I to właśnie on zasłużył na miano prawdziwego samuraja. A że walczył inną bronią? Detale.



Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje