Reklama

Reklama

Popis Koreańczyków, faworyt uciekł spod szabli

Drużynowa rywalizacja w szabli mężczyzn przyniosła wielkie emocje i miała bardzo nieoczywistych bohaterów. Olimpijski turniej w Tokio był świetną reklamą szermierki. Nie tylko w krajach, które sięgnęły po medale.

Nie bez przyczyny mówi się, że zmagania drużynowe mają swoją specyfikę i nie zawsze są odzwierciedleniem 1 do 1 indywidualnych wyników poszczególnych szermierzy. Dziś mieliśmy tego kolejny przykład bo już w ćwierćfinale mogło dojść do sensacji, bo za taką należałoby uznać wygraną Iranu w pojedynku z Włochami. Ostatecznie faworyci wygrali 45:44, ale to, co w ostatniej walce wyczyniał Ali Pakdaman, jest godne najwyższego podziwu.

Wszedł na planszę przy stanie 40:33 dla Włochów, kiedy w zasadzie wszyscy byli już przekonani, że Europejczyków czeka szybki awans. Ambitny Irańczyk zaliczył jeden z najwybitniejszych występów w całych igrzyskach i zaliczył aż jedenaście trafień! Multimedalista mistrzostw świata i Europy Luca Curatoli był już nad przepaścią, ale udało mu się zadać decydujące trafienie i uratować się przed kompromitacją. Choć brakowało bardzo niewiele, by irański szermierz został bohaterem. 

Reklama

IO: szanse medalowe, wyniki, informacje. Bądź na bieżąco

Los bywa jednak przewrotny, bo ten sam Curatoli, który omal nie pozwolił się zawinąć w perski dywan i odesłać do Włoch, w kolejnej walce... został bohaterem. W niezwykle wyrównanym pojedynku pokonał 5:4 trzykrotnego mistrza olimpijskiego Arona Szilagyiego, dzięki czemu Włosi awansowali do wielkiego finału!

Szilagyi nie miał zresztą szczególnie dobrego dnia. W ostatnim pojedynku starcia o brąz przegrał z Maxem Hartungiem 5:14! I tylko temu, że jego koledzy wcześniej zdołali zapewnić sobie bardzo wysoką przewagę zawdzięcza, że ostatecznie zawiesił sobie na szyi medal. Można powiedzieć, parafrazując polskie przysłowie, że w ostatniej chwili uciekł... spod szabli.

Postawa Pakdamana i Hartunga może być inspiracją dla każdego młodego adepta szermierki. Ich walki pokazują, że szczególnie w rywalizacji drużynowej, nigdy nie wolno się poddawać. Jeżeli coś ma reklamować tę dyscyplinę, to właśnie taka postawa.

W wielkim finale za to wszystko poszło tak, jak miało pójść. No prawie, bowiem chyba nikt nie spodziewał się, że rozstawieni z nr. 1 Koreańczycy aż tak łatwo poradzą sobie z Włochami. Zawodnicy z Azji wygrali ten pojedynek 45:26, prezentując się fenomenalnie. Możliwe, że gdyby Wołodyjowski miał południowokoreańskie korzenie, Bohun by się nie wywinął. I nawet zagnieciony chleb z pajęczyną, zaserwowany przez Rzędziana by nie pomógł.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje