Reklama

Reklama

Tokio 2020

Igrzyska w Tokio. Miasto zrównane przez Godzillę uratował sport

Wiele osób związanych z amerykańską misją olimpijską pamiętało jeszcze odgruzowywanie Tokio po morderczych nalotach z 1945 roku. Nie został tu wtedy kamień na kamieniu czy też raczej deska na desce, bo Tokio w większości było drewniane. Nie minęło nawet 20 lat, igrzyska nie mogły się odbyć w tej byłej ruinie. Wtedy wszyscy to zobaczyli...

Reklama

Jeszcze wiele miesięcy po wojnie Tokio było tak zrujnowane, że Ishiro Honda miał co robić. Kilofem i gołymi rękami odwalał gruz i popalone kawałki drewna. Drewniane, w wielu miejscach niemal papierowe miasto spłonęło na skutek morderczych nalotów amerykańskich. Honda nie był w Hiroszimie ani w Nagasaki, słyszał jedynie o potężnych, niewyobrażalnych eksplozjach bomb zrzuconych na te miasta. Bomb, jakich do tej pory świat nie widział. Obróciły one te miejscowości w perzynę jedną falą uderzeniową.

Reklama

Honda tego na własne oczy nie widział, ale był w Tokio. Na nie uderzyło kilka fal złożonych z kilkuset bombowców B-29 Superfortress. Nie zrzuciły jednej bomby atomowej, ale setki ton konwencjonalnych bomb burzących i zapalających. I też nie został tu kamień na kamieniu. Podczas jednego tylko, dwudniowego nalotu z 9 i 10 marca 1945 roku przeszło 300 samolotów zrzuciło 1667 ton bomb na Tokio. Spłonęło ćwierć miliona budynków w gigantycznej burzy ogniowej. Śmierć poniosło co najmniej 75 tysięcy ludzi, a być może nawet 120 tysięcy - w każdym razie więcej niż w Hiroszimie.

Tokio było wielką ruiną. Jak po kataklizmie

Ishiro Honda sprzątał rumowisko po tym nalocie. Rozmiar zniszczeń przekraczał jego wyobrażenia. To prawdopodobnie wtedy przyszedł mu do głowy pomysł na nakręcenie filmu o monstrualnym kataklizmie spadającym na Tokio, Japonię, świat. Żywiole nie do zatrzymania, który w jeden dzień, jedną noc niszczy całe wielkie miasto istniejące od setek lat.

CZYTAJ TAKŻE: "King Kong" istniał naprawdę. Jak zginął?

Tak powstał film "Godzilla - król potworów", wyreżyserowany przez Ishiro Hondę w 1954 roku. Nie był jedynie tanią rozrywką i opowieścią o ogromnych rozmiarów potworze niszczącym miasto. Był japońską traumą po tych strasznych nalotach na Tokio, po Hiroszimie i Nagasaki, po wojnie.

Japończycy kręcili podobne filmy, bo nie mówili o konsekwencjach wojny wprost. Nawet gdy pojedziemy do muzeum w Hiroszimie, nie znajdziemy tam nic poza pacyfistycznymi wezwaniami do rezygnacji z broni atomowej i wojny. Nie ma mowy o tym, kto rozpętał to piekło i jakie były konsekwencje tego rozpętania. Jak mawiał admirał Isoroku Yamamoto po ataku na Pearl Harbor: "chyba obudziliśmy śpiącego niedźwiedzia". Zniszczone Tokio było jego pazurami.

Igrzyska w Tokio to dobry pomysł?

Niecałe dwadzieścia lat po zakończeniu wojny i zniszczeniu Tokio do ostatniej cegły i deski, dziesięć lat po nakręceniu "Godzilli", igrzyska w japońskiej stolicy wydawały się czymś absurdalnym i niemożliwym do przeprowadzenia. Przecież minęło dopiero jedno pokolenie, nie wszyscy zbrodniarze wojenni ponieśli karę, budynki nie zostały odbudowane a rany zaleczone. 

Tokio otrzymało prawo organizacji igrzysk w maju 1959 roku, nawiasem mówiąc w Monachium, w niedawnej strefie okupacyjnej Niemiec. Pokonało zupełnie neutralne miasta jak Detroit czy Bruksela. Wybór Japończyków był dość kontrowersyjny, zwłaszcza że Tokio okazało się pierwszym w dziejach miastem, które igrzyska już straciło. Miało je organizować w 1940 roku, ale po wojnie w Chinach i masakrze Nankinu imprezę przeniesiono do Helsinek (ostatecznie i tak się nie odbyła). I teraz dostawało je ponownie. Wielu zadawało sobie pytanie: z jakiej racji? Niemcy nie dostąpiły takiego sportowego rozgrzeszenia.

Goście i zawodnicy przyjeżdżający do stolicy Japonii na igrzyska 1964 roku spodziewali się, że budynki zrujnowanego miasta zostały odbudowane, wzniesione na nowo, a ulice załatane. Nic jednak poza tym. Spodziewali się odbudowanego (być może) kraju. To, co zobaczyli, przeszło wszelkie oczekiwania.

Tokio wystrzeliło w górę wieżowcami, antenami, nowymi konstrukcjami, ale największym zaskoczeniem dla przybyłych okazały się pojazdy przypominające naziemne rakiety kosmiczne. Otwarta specjalnie na igrzyska Tōkaidō Shinkansen była linią szybkiej kolei o opływowych kształtach, która rozwijała niespotykane dotychczas wśród pociągów prędkości i proponowała pasażerom ogromny komfort podróży, niczym w samolocie. Nikt już prawie nie pamiętał, że taką kolej Japończycy chcieli otworzyć na igrzyska w 1940 roku, ale koszty przedłużającej się wojny w Chinach skasowały nie tylko ten projekt czy projekt igrzysk olimpijskich, ale i wiele innych. Japonii brakowało surowców i środków, zapewne to pchnęło ją do wojny.

Budowa linii shinkansenów między Tokio a Osaką ruszyła w 1959 roku, po przyznaniu Japonii organizacji igrzysk. Uczestnicy zawodów zbierali szczęki z peronów.

A to nie był koniec. Japończycy zastosowali podczas zawodów olimpijskich w 1964 roku niespotykane dotąd technologie pomiaru czasów, odległości, powtórek, monitoringu, wreszcie po raz pierwszy przeprowadzona została transmisja telewizyjna w kolorze. To był całkowity przełom technologiczny, którego nikt nie spodziewał się po niedużym kraju w Azji, na peryferiach wielkiego świata. Na dodatek kraju zniszczonego przez wojnę i pokonanego.

Japonia przestała być krajem zacofanym i z papieru. Nagle stała się technologicznym liderem w świecie, wyznaczającym nowe trendy na następne lata. Krajem wyprzedzającym w rozwoju techniki Europę i Stany Zjednoczone, pełnym światowych marek w wielu branżach.

Atakując Pearl Harbor, Japonia chciała uzyskać surowce i możliwości rozwoju. Pomysł, by zrobić to za pomocą wojny, okazał się katastrofą i doprowadził do tragedii wielu ludzi. Dwadzieścia lat później Japonia wykonała cywilizacyjny skok w sposób pokojowy, dzięki igrzyskom olimpijskim.