Reklama

Reklama

Grała w kosza, by spotykać się z ludźmi – Małgorzata Dydek-Twigg

Jest symbolem polskiego sportu Przez lata nie tylko zadziwiała kibiców na parkietach całego świata swoim koszykarskim talentem, ale i bawiła miłośników tej dyscypliny po ostatnim gwizdku. Zwłaszcza tych najmłodszych. Małgorzata Dydek-Twigg pozostawiła po sobie piękne wspomnienia i gorące uczucia.

Wolała jeździć na obozy harcerskie

Historia jednej z najlepszych i najbardziej rozpoznawalnych koszykarek świata zaczęła się w pewnym, polskim miasteczku.

Reklama

— Gosia była niemal skazana na koszykówkę. Wychowała się w Wołominie, małym mieście, ale w którym zwłaszcza koszykówka żeńska była na wysokim poziomie i była bardzo popularna. Byli tam wspaniali trenerzy, jak np. Ryszard Zahn z Huraganu Wołomin. To on dostrzegł w pewnym momencie Małgorzatę.  Co więcej, koszykówkę trenowała już starsza siostra Gosi, Katarzyna. Z Wołomina po jakimś czasie trafiła do Olimpii Poznań, tam można powiedzieć, że jej kariera sportowa "wybuchła" - wspomina Grzegorz Bachański, wiceprezes Polskiego Związku Koszykówki wspieranego przez Suzuki, prywatnie kuzyn Małgorzaty Dydek-Twigg.

Zanim jednak zawodniczka zaczęła podbijać parkiety Europy i świata swą doskonałą grą, trzeba było ją do uprawiania koszykówki przekonać.

— Jeśli chodzi o początek kariery sportowej, byłam z Małgosią od samego początku, jako najstarsza z sióstr zaczęłam treningi w Wołominie. I muszę powiedzieć szczerze, że na początku koszykówka wcale nie interesowała mojej siostry. Ona wolała wyjeżdżać na obozy harcerskie. Do czasu, gdy z jednego z takich wyjazdów oprócz swoich rzeczy w plecaku przywiozła też tonę błota - śmieje Katarzyna Dydek, siostra Małgorzaty Dydek, Mistrzyni Europy z 1999 roku, olimpijka z Sydney 2000 roku. -  Wtedy zaczęła powoli zmieniać zdanie. Oczywiście szybko została dostrzeżona przez trenerów koszykówki, którzy w tamtych czasach pojawiali się na lekcjach W-F szukając talentów. Szybko zobaczyli, że Małgosia ma wszelkie predyspozycje, by zostać dobrą koszykarką, nie tylko ze względu na wzrost, który już wtedy ją wyróżniał, ale i ze względu na upór. Tak, upór, ten pozytywny w sportowym sensie. Bo Małgosia, jako zodiakalny Byk, była uparta. Ta cecha bardzo jej się przydała w dalszej karierze.

Opowieść tą potwierdza Ryszard Zahn, pierwszy trener Małgorzaty Dydek w Huraganie Wołomin.

— Tak, Małgorzata z początku niechętnie podchodziła do koszykówki. Ale jakoś z pomocą jej siostry, Katarzyny, udało się ją namówić na wyjazd na obóz z klubem. Tam powoli, delikatnie, by jej nie zrazić, zacząłem pracować nad "przekonywaniem" jej, by zaczęła treningi.  Małgosia powoli się oswajała z tym sportem. Nie powiem, że od razu było dobrze. Musiała włożyć wiele pracy w swój rozwój sportowy, potrzeba było wiele cierpliwości, bo nie wszystko jej wychodziło. Często się denerwowała. Ale to pokonała.  Talent ukazał się w VII, VIII klasie. Kilka lat później wyjechała z Wołomina do Olimpii Poznań. I tam jej kariera zaczęła rozkwitać - wspomina trener.

Wysoka, skoczna, szybka, dobra w rzutach

Małgorzatę Dydek-Twigg wyróżniał wzrost: 2.18 metra. Jak przyznaje Bachański, to bardzo dużo nawet dla koszykarzy. Ale mimo to nie był to jej jedyny atut.

— Była bardzo sprawną zawodniczką, nie tak jak niektóre inne, wysokie koszykarki, nie "człapała po boisku". Była szybka, co było bardzo ważne w koszykówce żeńskiej przełomu XX i XXI wieku, kiedy to ta dyscyplina przechodziła metamorfozę właśnie jeśli chodzi o dynamikę gry. Ponadto Gosia nie tylko stała pod koszem i albo czekała na wysokie podania, których nie mogły przechwycić rywalki, tudzież po drugiej stronie boiska tylko stała z rękami w górze blokując dostęp do własnej obręczy. Była bardzo dynamiczna, potrafiła się poruszać po boisku, ponadto była skoczna, szybka dobra w rzutach z półdystansu - opisuje swoją kuzynkę wiceprezes PZKosz.

Jednocześnie przyznaje, że Dydek-Twigg była symbolem polskiej koszykówki żeńskiej. Ale zaznaczył, że np. Mistrzostwa Europy w 1999 roku nie wywalczyłaby, gdyby nie towarzyszyła jej bardzo dobra ekipa.

— W tamtym okresie mieliśmy wiele utalentowanych, bardzo dobrych zawodniczek: Krystyna Szymańska-Lara, Patrycja Czepiec, Ela Nowak... Nie był to zbiór indywidualności, ale dobrze zorganizowana drużyna. Małgosia była istotna dla tego teamu. Nie tylko dlatego, że była bardzo dobrą koszykarką, ale i dlatego, że była po prostu bardzo miłą osobą. Była bardzo ciepła, często pełniła "funkcję rozjemczą", miała dobry wpływ na koleżanki. Bo było u Gosi zupełnie naturalne. Ona kochała ludzi i kontakt z nimi - podkreślił Grzegorz Bachański.

— Jak Małgosia reagowała na to, że jest gwiazdą sportu? Najlepiej zacytuję Małgosię: "Oj przestań! Nie wygłupiaj się...". Tak reagowała na komplementy koleżanek, znajomych czy też kibiców, z którymi szybko przechodziła na "ty". Obcując z nią nie było żadnej bariery i każdy to czuł.  Małgosia była wielką gwiazdą, jest znana i pamiętana na całym świecie, odniosła sukces, ale mimo iż miała świadomość tego, obracała to w żart. Wolała rozmawiać z ludźmi tak, jak gdyby tak nie było. Kiedy grałyśmy w Gdyni, unikałyśmy rozgłosu. Na spacer wybierałyśmy miejsca, gdzie było mało ludzi, miałyśmy tzw. nasze miejsca. Nie spodziewałyśmy się, że osiągniemy sukces i nie myślałyśmy o tym, chciałyśmy  koszykówką się bawić! A wyszło jeszcze lepiej! - dodaje siostra koszykarki.

Przez koszykówkę do ludzi

Katarzyna Dydek nie ukrywa, że jej młodszej siostrze o wiele bardziej niż na sporcie zależało na relacjach międzyludzkich.

— Można wręcz stwierdzić, że aby spotykać ludzi, do tego celu wykorzystywała koszykówkę. Z drugiej strony przyciągała ludzi do siebie, miała taką dobrą energię. Po prostu chciało się z nią rozmawiać. Uwielbiała zwłaszcza dzieci - wyjaśnia.

I wspomina, że po meczu siadała ma parkiecie, a dzieci kibiców od razu do niej przybiegały. Potem zaczynała się zabawa.

— Małgosia podnosiła je do góry, by mogły "robić wsady" do kosza. Udawała, że jest ogrywana, że nie potrafi zablokować o wiele, wiele mniejszego "rywala". Po takich chwilach do tej pory mamy wiele znajomości, utrzymuję kontakty z osobami, które kiedyś tylko nam kibicowały, a teraz są nam bliskie, są rodziną. We wspomnieniach Małgosia wśród zabaw z dziećmi to takie duże dziecko. Nie sposób tu pominąć jej poczucia humoru - potrafiła rozbawić wszystkich do łez. Jej niestworzone historie i niewinna mina, kiedy policjant chciał wlepić mandat a ona przekonywała, że to nie jej samochód radar wyłapał, powolne ruchy kiedy twierdziła, że tak się tańczy do muzyki Boba Marley’a, rady dla każdego, kto niepotrzebnie czymś się przejmował i jej słowa: "Nie martw się teraz, bo na razie nie masz tego problemu. Jutro się pomartwisz" - opowiada najstarsza z sióstr Dydek.

Z kolei trener Zahn wspomina, jak kiedyś był nad morzem na obozie z młodzieżą. Wedy Małgorzata Dydek grała w gdyńskim klubie. Akurat był rozgrywany turniej, w którym brała udział.

— Pojechałem na jeden mecz. Przed spotkaniem Małgosia bardzo się ucieszyła, że zawitałem, poprosiła, by poczekać po meczu, żeby na spokojnie sobie porozmawiać. No oczywiście poczekałem. I czekałem... ponad godzinę, bo tak dobrze się bawiła z dziećmi po meczu. Uwielbiała kontakt z dziećmi, kibicami, w ogóle z ludźmi - przyznaje.

Dzień, który wstrząsnął światową koszykówką

Małgorzata Dydek-Twigg zakończyła sportową karierę w 2008 roku. Zamieszkała w Australii, gdzie założyła rodzinę i została trenerem. Trzy lata później, 27 maja 2011 roku, sportowym światem wstrząsnęła informacja o śmierci jednej z najlepszych koszykarek w historii tej dyscypliny. Koszykarka nie wybudziła się ze śpiączki farmakologicznej, w którą została wprowadzona kilka dni wcześniej w związku z zatrzymaniem akcji serca.

— O śmierci Małgorzaty dowiedziałem się z radia jadąc na turniej. Wcześniej, jeszcze w grudniu widzieliśmy się, była w Polsce. Namawiała mnie, bym przyleciał do niej, do Australii gdzie zamieszkała i pomógł jej w trenowaniu jakieś drużyny, którą tam objęła. Miała plany. Nic nie wskazywało na to, co miało się wydarzyć kilka miesięcy później. To był dla wszystkich szok... - nie kryje trener Zahn.

— Informacja o śmierci Małgosi to był dla nas szok - wtóruje Grzegorz Bachański. - Kiedy pojawiła się informacja, że jest w śpiączce, nie dopuszczałem do siebie myśli, że może się z niej nie wybudzić, nie wrócić do zdrowia. Niestety, stało się inaczej. Gosi już nie ma z nami. Ale nadal jest wzorem do naśladowania dla kolejnych pokoleń polskich koszykarek i całego środowiska polskiej koszykówki i sportu. Bo była doskonałą zawodniczką, i bardzo dobrym człowiekiem. Nie przez przypadek trafiła do zacnego grona osób związanych z koszykówką FIBA Hale of Fame.

Do tego dnia nie chce wracać Katarzyna Dydek.

— Tego dnia odeszła też połowa mnie. Czasem bardzo bym chciała w ogóle tego dnia nie pamiętać. Ale tego nie da się pominąć. To był najgorszy dzień w życiu naszej rodziny. Małgosia przeszła do historii nie tylko polskiej, ale i światowej koszykówki. W zeszłym roku podczas mistrzostw w Chinach została wpisana do FIBA Hall of Fame. Byłyśmy tam z moją córką, siostrą Martą, która przyleciała z Australii  z synami Małgosi, z mężem Małgosi i teściem. Zostaliśmy bardzo, bardzo miło przyjęci przez przedstawicieli FIBA, dziękuję zwłaszcza Davidowi Zappala i przedstawicielom PZKosz. Myślę, że takie przyjęcie rodziny i uhonorowanie Małgorzaty Dydek pokazuje, że była to bardzo ważna osoba w światowej koszykówce - stwierdza siostra najlepszej koszykarki na świecie.

 

Partnerem publikacji jest Suzuki, sponsor Polskiej Ligi Koszykówki.

Advertisement