Reklama

Reklama

Siatkarskie MŚ Polska 2014

Peter Nonnenbroich: Stawiam piwo za "urwanie" seta Polakom

Trener Kamerunu Niemiec Peter Nonnenbroich powiedział w wywiadzie dla Polskiej Agencji Prasowej, iż obiecał swoim siatkarzom, że jeśli w sobotę we wrocławskiej Hali Stulecia wygrają jednego seta z Polakami w mistrzostwach świata, postawi im piwo. Początek spotkania o godz. 20.25.

Jak to się stało, że trafił pan do Afryki. Niemiecka mentalność jest przecież całkowicie inna. Jak się pan tam odnalazł?

Peter Nonnenbroich: To prawda. Nasze mentalności dzielą tysiące kilometrów. Nie było łatwo, ale teraz nie wyobrażam sobie, bym mógł tych chłopaków zostawić. Do Afryki po raz pierwszy trafiłem jako instruktor FIVB. Pojechałem wtedy do Kenii i można powiedzieć, że zostałem. To trwa już 14 lat. Czemu to zrobiłem? Potrzebowałem bodźca. Pracowałem wcześniej w Niemczech, we Włoszech. Chciałem spróbować czegoś nowego.

Reklama

Jak się pracuje z Kameruńczykami?

- Trzeba przede wszystkim zrozumieć, że to jest całkowicie inny świat. Zacznijmy od tego, że mamy w całym kraju wyłącznie jedną halę sportową - w stolicy, Jaunde. Pozostałe mecze rozgrywane są tam, gdzie jest miejsce. Na asfalcie, utwardzanym trochę piasku - po prostu tam, gdzie stworzy się możliwość zawieszenia siatki. I nikt nie widzi w tym żadnego problemu. Tak samo jest z treningami - bez znaczenia, czy pada, czy jest 40 stopni upału. Poza tym powiedzmy jeszcze o charakterze - to są ludzie niesamowicie emocjonalni. To nie sprawdza się często w sporcie. Tu najważniejsze jest racjonalne podejście, a tego Kameruńczycy dopiero powoli, krok po kroku, się uczą.

Jak to wygląda finansowo?

- Tej kwestii nie ma. Zawodnicy nie dostają ani grosza za to, że grają w kadrze. Zresztą oni w ogóle nie zarabiają na sporcie. Najczęściej treningi odbywają się po ich pracy.

Jaką więc mają motywację?

- Z tym nie ma żadnych problemów. Grają, bo chcą się wyrwać z Kamerunu. Wszyscy młodzi ludzie marzą tam o tym, by wyjechać do Europy czy Stanów Zjednoczonych. Jedną z łatwiejszych dla nich dróg jest promocja poprzez sport. Kwalifikują się na imprezy międzynarodowe i mają nadzieję, że wypatrzy ich jakiś trener. Proszę mi wierzyć - nie ma lepszej motywacji. Gdy dostaną kontrakt, są w stanie wyżywić nie tylko całą rodzinę, ale często i plemię.

Czyli nie ma pan żadnych problemów z zawodnikami?

- Oczywiście, że kłopoty się pojawiają, ale tego nie można porównać z profesjonalną drużyną. Tu nie musi być wszystko zapięte na ostatni guzik. Czasami, gdy zawodnicy jadą na mecze ligowe, to śpią po czterech w jednym łóżku, innym razem brakuje wody do picia lub leje deszcz i nie sposób odbić piłki. Oni się cieszą, gdy dostaną coś do jedzenia.

Pana zawodnicy cieszą się w Polsce wielką sympatią. Bierze się to również z tego, że siatkarze np. tańczą na rozgrzewce. Sam pan ich tego nauczył?

- Pewnie, że nie. Jestem zdania, że w takie rzeczy nie należy ingerować, bo to wyrażanie własnej tożsamości. Ale tak naprawdę to jest mi trochę smutno, bo zawodnicy wcale nie pokazują tego, co potrafią. Są bardzo wystraszeni, zachowują się cicho i nieswojo. Wszystko bierze się z tego, że w kraju zaczęto mieć już jakieś oczekiwania w związku z ich występem. Mówiono o awansie, a umówmy się - on jest i był nierealny. Widzę, że moi podopieczni są stłamszeni, nie cieszą się tak jak potrafią. Może zmieni się to w końcu w meczu z Polakami. Bardzo bym tego chciał.

Jak pan określa szanse w meczu z gospodarzami?

- Nie mogę się już doczekać. Ale chcę postawić sprawę jasno - nie gramy przeciwko Polakom, by ich przed własną publicznością pokonać. Mam nadzieję, że też żaden z zawodników tego nie deklaruje. Będę bardzo szczęśliwy, jeśli przynajmniej w jednej partii zdobędziemy 20 punktów. A jak wygramy seta, to postawię wszystkim zawodnikom piwo.

Rozmawiała Marta Pietrewicz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje