Reklama

Reklama

Siatkarskie MŚ Polska 2014

Nie szukajmy usprawiedliwień, Polacy byli słabsi od Amerykanów

Polacy przegrali pierwszy mecz na mistrzostwach świata w siatkówce. Pogromcami „Biało-czerwonych” okazali się reprezentanci Stanów Zjednoczonych, który w łódzkiej Atlas Arenie wygrali 3:1. Zaraz po meczu zaczęło się szukanie usprawiedliwień: nie mieliśmy szczęścia, nie przyzwyczailiśmy się do hali, Amerykanie zagrali za dobrze w przyjęciu. Może sprawę trzeba postawić jasno i powiedzieć, że siatkarze Antigi byli po prostu słabsi.

Nasi zawodnicy cały czas podkreślają, że Amerykanie dużo lepiej przyjmowali, a może prawda jest taka, że tym razem to serwis zawiódł Polaków. Taktyczne, lekkie zagrywki przynosiły efekty w starciach z Wenezuelą, Australią czy zestresowaną Serbią. Reprezentanci USA to jednak inna półka. Nie wystarczy dostarczyć im piłki i liczyć na to, że się pomylą. Słabe floaty  idealnie do rozgrywającego dogrywał, grający na co dzień w polskiej lidze, Paul Lotman. Micah Christenson mógł rozrzucać polski blok i często grać środkiem.

Reprezentanci USA od początku ryzykowali zagrywką. Pomimo tego, że popełniali w niej masę błędów, to i tak przynosiła im ona więcej pożytku niż strat. Niedokładne przyjęcie Polaków spowodowało, że Paweł Zagumny nie potrafił zgubić bloku rywali i nasi atakujący niemal cały czas musieli się zmagać z równym, wysokim blokiem.

Reklama

- Amerykanie zagrywali regularnie. Niektóre serwisy rywali były, że tak powiem, w miarę proste, ale to jest inna hala niż graliśmy do tej pory. Trzeba się do niej przyzwyczaić - komentował mecz Wlazły, a my pomyśleliśmy, że Amerykanie stacjonują w Łodzi od dwóch lat.

Należałoby Wlazłemu przypomnieć, że to Polacy byli gospodarzami i już nie raz grali w łódzkiej Atlas Arenie, o on sam często w niej występuje, kiedy rozgrywa mecze w Skrze Bełchatów. Amerykanie natomiast to tylko przyjezdni, a hala nie przeszkadzała im w perfekcyjnym dograniu naszych zagrywek do rozgrywającego.

Nawet jeśli Amerykanie mieli słabsze przyjęcie, to mieli w swojej drużynie Matthew Andersona. Zawodnik ten, przestawiony z pozycji przyjmującego na atak, kończył najtrudniejsze piłki, nawet przy potrójnym bloku Polaków. W akcjach na skrzydłach wspierał go też, jeszcze do niedawna występujący w lidze uniwersyteckiej, Taylor Sander.

Takich asów zabrakło po polskiej stronie siatki. Jedynie Michał Winiarski kończył najtrudniejsze piłki w kluczowych momentach. Zabrakło mu jednak wsparcia. Mariusz Wlazły punktował tylko przy dokładnych piłkach, ale w trudniejszych sytuacjach Amerykanie skutecznie go powstrzymywali. Mateusz Mika szybko został rozstrzelany zagrywką i zmieniony, a zastępujący go Michał Kubiak miał przebłyski dobrej gry, ale w decydujących momentach wstrzymywał rękę.

Nie odwołujmy się też do szczęścia. Siatkówka to nie piłka nożna, tu nie zdecyduje jedne gol strzelony po przypadkowej akcji w doliczonym czasie gry. Tutaj trzeba wywalczyć każdy punkt, pechem można przegrać jednego seta, ale nie trzy.

Polacy zagrali na swoim normalnym poziomie. Sęk w tym, że pierwszy naprawdę mocny rywal obnażył ich braki, które trzeba poprawić, aby myśleć o kolejnych zwycięstwach. Nie szukajmy jednak dodatkowych usprawiedliwień, tylko przyznajmy, jak Fabian Drzyzga, że nasi rywale byli lepsi i skupmy się na następnych meczach.

Autor: Grzegorz Zajchowski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje