Reklama

Reklama

Siatkarskie MŚ 2018

Piotr Gruszka: Naszej reprezentacji należy się szacunek

Piotr Gruszka to niekwestionowany rekordzista pod względem liczby występów w reprezentacji Polski. Trener GKS-u Katowice wystąpił 450 razy w biało-czerwonych barwach. Jest także jednym z nielicznych zawodników, którzy aż czterokrotnie reprezentowali Polskę na mistrzostwach świata. 12 lat temu, podczas mundialu w Japonii sięgnął po wicemistrzostwo świata. Gdy jako kapitan odbierał pamiątkową paterę za drugie miejsce zapewnił, że Polska będzie jeszcze mistrzem świata. Jego słowa wypełniły się cztery lata temu, gdy nasi siatkarze zdobyli złoto na turnieju w Polsce.


Jakie jest pierwsze wspomnienie Piotra Gruszki na hasło "mistrzostwa świata"?
- Srebrny medal podczas turnieju w Japonii w 2006 roku. Osiem lat wcześniej po raz pierwszy wystąpiłem na mundialu, również w Kraju Kwitnącej Wiśni. Mistrzostw z 1998 roku nie pamiętam jednak dokładnie, być może dlatego, że byliśmy tam krótko. Po dwóch porażkach z Kubą i Argentyną oraz zwycięstwem nad Iranem ostatecznie zajęliśmy 17. miejsce. Drużyna w większości składała się z zawodników, którzy rok wcześniej zdobyli mistrzostwo świata juniorów. To było moje pierwsze doświadczenie z mundialem.

Cztery lata później - na mistrzostwa świata w Argentynie - dostaliśmy się kuchennymi drzwiami, gdy Światowa Federacja zawiesiła drużynę Korei Południowej. Zaczęło się obiecująco.
- W pierwszej fazie wygraliśmy wszystkie spotkania. Głośnym echem odbiło się zwycięstwo 3:2 nad reprezentacją Włoch, w której grali m. in. Ferdinando De Giorgi czy Samuele Papi, a trenerem był Andrea Anastasi. Zmagania w drugiej rundzie zaczęliśmy od walki z Rosjanami i minimalnej porażki 2:3. Marzenia o dobrym miejscu prysnęły po meczu z Portugalią. Wielka szkoda. Nie wiem czy 2002 rok był momentem, w którym mogliśmy już rywalizować o medale, ale z pewnością nie powinniśmy odpaść przegrywając z Portugalią, a tak się stało. Z tych mistrzostw zapamiętałem jeszcze jedno - lot do Cordoby. Dużo latałem i latam, ale tego nie da się zapomnieć. To była najgorsza podróż w moim życiu. Lecieliśmy wraz z reprezentacją Hiszpanii i samolot wleciał w chmury burzowe. Rzucało nas w każdą stronę, wszyscy zaczęliśmy się modlić. To był jeden z tych lotów podczas których miałem wątpliwości, czy w ogóle dolecimy na miejsce.

Przełomem okazał się 2006 rok i kolejne mistrzostwa w Japonii. Jadąc na mundial mieliście przeczucie, że jesteście w stanie powalczyć o medale?
- Pracowaliśmy drugi rok z Raulem Lozano i jedyne co pamiętam, to najtrudniejszy okres przygotowawczy, jaki miałem w życiu. Turniej rozgrywany był w listopadzie i mieliśmy przed nim niemal pół roku przygotowań. Strasznie długi i męczący okres. Zaufaliśmy jednak Raulowi. Pracowaliśmy naprawdę ciężko, ale opłacało się. Od pierwszych meczów turnieju czuliśmy się świetnie. Docenialiśmy własną wartość. Wiadomo, że na turniejach mistrzowskich najważniejszy jest mecz, który decyduje o awansie do czwórki. Dla nas taki był z Rosją. To spotkanie było dramatyczne, ale ułożyło się po naszej myśli. To był początek postrzegania reprezentacji Polski jako drużyny, która w kolejnych imprezach będzie się liczyła. Do tej pory plasowaliśmy się zwykle w okolicach piątego miejsca. W Japonii nastąpił przełom, bo znaleźliśmy się w strefie medalowej. Dojrzeliśmy do tego, by walczyć o medale.

Najtrudniejsze spotkanie turnieju to wspomniany mecz z Rosją czy może półfinał z Bułgarią?
- Wiedzieliśmy, że mecz z Rosją to gra o być albo nie być w turnieju. Daliśmy z siebie maksa i wyszło. Fajnie się to wspomina. Słyszeliśmy, że cała Polska żyła tym turniejem. Ludzie spóźniali się do szkoły i pracy, sędziowie nawet na rozprawach podpatrywali wynik. My skupialiśmy się na grze, bo wiedzieliśmy, że jesteśmy blisko. Emocjonalnie dużo trudniejszy był jednak pojedynek z Bułgarią. Byliśmy po dużym sukcesie, jakim był awans do czwórki, ale nam to nie wystarczało. Wiedzieliśmy, że jeśli wygramy to medal będzie nasz. Zdołaliśmy ochłonąć na tyle po meczu z Rosją, że zagraliśmy kolejne dobre spotkanie i pokonaliśmy Bułgarów.

O ile przez cały turniej reprezentacja grała świetnie, o tyle w finale nie miała nic do powiedzenia w starciu z Brazylią. Co się stało, że mecz zakończył się gładkim 0:3?
- To na pewno nie był spektakularny mecz. Może gdzieś w głowach była świadomość, że zrobiliśmy już naprawdę dużo. Brazylia w tamtym okresie to była ta wielka Brazylia. Jedna z najlepszych drużyn w historii. Wiedzieliśmy, że się nas obawiają, ale my chyba nie byliśmy gotowi, aby się z nimi bić. Oni mieli doświadczenie gry w finałach największych imprez, a dla nas to była nowość. Trzeba było zagrać mega, mega mecz, aby myśleć o zwycięstwie. Wiedzieliśmy to już po rozgrzewce. Niestety, samo spotkanie był jednostronne, a dodatkowo przytrafiła nam się kontuzja Piotra Gacka. Po meczu był smutek, ale podczas ceremonii wszyscy już się cieszyliśmy, bo dotarło do nas to, co osiągnęliśmy. Samo zakończenie też było dla nas bardzo ważne, bo wyszliśmy w koszulkach z numerem i nazwiskiem Arka Gołasia, który zginął tragicznie rok wcześniej.

Czyja to była inicjatywa?
- Nie pamiętam czy kierownika, trenera czy któregoś z chłopaków. To nie miało aż takiego znaczenia. To była rzecz, która nie podlegała dyskusji. Mieliśmy w głowie przez cały turniej, że gramy dla Arka. Nie mówiliśmy o tym, ale to przecież wszystko było bardzo świeże, bo jeszcze rok wcześniej Arek był z nami na mistrzostwach Europy. Czuliśmy, że jest z nami w Japonii i ta koszulka była tego symbolem. Pamiętam też sytuację, że ktoś nam tego zabronił i powiedział, że zapłacimy karę, bo nie ma tego w protokole. Nikt się tym nie przejął, bo to nie było ważne. Chcieliśmy w ten sposób oddać hołd naszemu koledze.

Ostatnimi mistrzostwami świata Piotra Gruszki w roli zawodnika były te w 2010 roku we Włoszech. Tutaj nie udało się zdobyć medalu. Niektórzy uważali, że Polska padła ofiarą chorego systemu rozgrywek.
- System był stworzony ewidentnie pod gospodarzy. Chory i perfidny. Pamiętam też, że warunki jeśli chodzi o nocleg i żywienie również nie były godne mistrzostw świata. Może w jakimś kluczu padliśmy ofiarą, ale też nie graliśmy dobrze, aby coś zdziałać. W Trieście graliśmy na tyle poprawnie, by pokonać Kanadę, Niemców i Serbię. W Ankonie tak już nie było, bo przegraliśmy 0:3 z Brazylią i Bułgarią. Już w tej fazie zaczęły się układanki niektórych zespołów. System systemem, ale ci co wygrywają przeważnie są najlepsi, a my wtedy nie byliśmy. Nie graliśmy na tyle dobrze w siatkówkę, by awansować dalej. Całą sytuację najlepiej skwitował mecz Brazylii, która się podłożyła Bułgarii, by mieć korzystniejszą ścieżkę do półfinału. Dziwnym trafem gdy mówimy o rozpoczynających się mistrzostwach świata, to wszyscy wracają do chorego systemu z Włoch.

Pamiętne mistrzostwa świata z 2014 roku w Polsce oglądał pan już z trybun. Szczególny moment nastąpił podczas ceremonii otwarcia na Stadionie Narodowym w Warszawie, gdzie został pan oficjalnie pożegnany i otrzymał koszulkę z numerem 450, czyli liczbą występów z orzełkiem na piersi.
- To był moment, który zapamiętam do końca życia. Miałem przyjemność po raz ostatni nie tylko być z kibicami i to w takiej liczbie, ale także podziękować im za wsparcie, jakiego mi zawsze udzielali. Sama koszulka to pewien symbol, ale najbardziej się wzruszyłem, gdy kibice od siebie zaczęli skandować "dziękujemy".

Mundial w Polsce oglądał pan w telewizji czy na trybunach?
- Byłem na kilku meczach. Ten turniej był bardzo ciekawy. Bałem się meczu na stadionie, bo to było coś zupełnie nowego. Po tym, co pokazał zespół w pierwszym meczu z Serbią powiedziałem sobie: "kurczę, może być dobrze". Oprócz tego, że kadra składała się wówczas z wszystkich najlepszych zawodników, to ci, którzy później skończyli swoje reprezentacyjne kariery mieli świadomość, że to ostatni moment, by coś wielkiego zdobyć. A mogło być różnie, bo przecież drabinka ułożyła się tak, że musieliśmy pokonać wszystkich najlepszych na świecie w drodze do półfinału. I za to należy się szacunek. Na finale byłem z całą ekipą, wspólnie kibicowaliśmy chłopakom. Było fantastycznie, bo - jak zawsze podkreślam - Katowice i Spodek mają niesamowity klimat dla siatkówki. To co działo się w hali, przed nią i w całej Polsce to był istny szał.

W którym momencie uwierzył pan, że drużynę stać na zdobycie mistrzostwa świata?
- Pamiętam, że rozmawiałem ze Stephanem Antigą po jednym meczu we Wrocławiu. Powiedziałem mu, że jak się wszystko zacznie składać, to będzie dobrze. Z czasem tak się właśnie działo. Przecież toczyliśmy na tym turnieju prawdziwe bitwy, jak z Iranem, Rosją czy Brazylią; były kontuzje, jak ta Michała Winiarskiego. Mimo tego wszystko ułożyło się tak, że dotarliśmy do finału i w wielkim stylu go wygraliśmy. To był niezwykły turniej.

Za: siatkowka.gkskatowice.eu

Dowiedz się więcej na temat: MŚ siatkarzy 2018 | reprezentacja Polski | Piotr Gruszka