Reklama

Reklama

Siatkarskie MŚ 2018

MŚ siatkarzy. Vital Heynen: To życie, nigdy nie wiesz, co się wydarzy

Vital Heynen przyznał, że cieszą go indywidualne sukcesy i postępy jego siatkarzy, ale nie są one jego priorytetem. - Ja zawsze buduję zespół, a nie indywidualności - zaznaczył trener Polaków po obronieniu przez nich mistrzostwa świata w siatkówce. Mimo tak spektakularnego sukcesu Belg powiedział, że nie czuje się pewny swoich dalszych losów na stanowisku selekcjonera Orłów. - W listopadzie mam spotkanie z władzami federacji, by omówić wyniki. To życie, nigdy nie wiesz, co się wydarzy - podkreślił.

Pod okiem Belga odbudował się Bartosz Kurek. 30-letni siatkarz był w przeszłości nieraz oceniany jako zawodnik, który mimo potencjału nie jest w stanie go wykorzystać i być liderem reprezentacji Polski w ważnych momentach. W półfinale i finale MŚ wywiązał się jednak w pełni z tej roli, za co został doceniony także nagrodą dla najbardziej wartościowego zawodnika (MVP) czempionatu.

- Ja zawsze buduję zespół, a nie indywidualności. Jeśli przy okazji ktoś zyskuje indywidualnie, to dobrze dla niego. W półfinale z ławki wszedł Olek Śliwka i spisał się bardzo dobrze. Dobrze wypadała też podwójna zmiana z udziałem Dawida Konarskiego i Grzegorza Łomacza. Jest wiele takich małych momentów. Mogę je wymieniać w nieskończoność. Wszyscy ciężko pracowali i wchodzili np. z ławki, co nie jest łatwe - zaznaczył Heynen.

Reklama

Po finale wygranym z Brazylią 3:0 rozmawiał dłuższą chwilę z Kurkiem.

- Co mu powiedziałem? Że całkiem nieźle to wyszło. A tak na poważnie, to zwróciłem uwagę na to, jak szybko życie się czasem zmienia. Cztery tygodnie temu krytykowano go za nieskuteczność, a cztery tygodnie później jest MVP mistrzostw globu - podkreślił.

Jak dodał, drużyna podczas mundialu mierzyła się z trudnymi chwilami przede wszystkim podczas drugiej rundy w Warnie. Wówczas z osłabiającą chorobą zmagał się kapitan "Biało-Czerwonych" Michał Kubiak.

- To takie chwile, gdy decyduje się, czy chcesz "mieć czy być". Wróciliśmy po tym lepsi. Potwierdzeniem tego był półfinał z USA - mówił.

Belg podkreślił także zasługi swojego sztabu szkoleniowego. Przypomniał, że "Biało-Czerwoni" mieli sporo problemów zdrowotnych. - Wielką pracę wykonali nasz lekarz i fizjoterapeuta. To także są te małe elementy składające się na całość - zwrócił uwagę.

Trener Polaków początkowo w rozmowie z dziennikarzami przekornie stwierdził, że po takim występie jak ten niedzielny, nie ma nic do powiedzenia.

- Co mógłbym powiedzieć? Pokonaliśmy Brazylię w finale MŚ. Powtarzałem moim zawodnikom, że będziemy grać z meczu na mecz coraz lepiej w tej imprezie i tym sposobem dotarliśmy do finału - wyjaśnił.

Zapewnił, że ufa każdemu z 14 zawodników, których powołał na mundial. Dodał, że gdyby było inaczej, to nie prowadziłby "Biało-Czerwonych".

- Wierzę w każdego z moich 14 siatkarzy w 100 procentach. Rozmawiamy o wszystkim. Gdy mają problemy, to mogą do mnie z tym przyjść. Porozumienie z nimi jest dla mnie bardzo istotne - zaznaczył.

Jak dodał, nie stara się być przyjacielem swoich podopiecznych, a raczej bardziej traktuje ich jak swoje dzieci. Heynen przyznał, że przed turniejem celował w złoto, ale też zdawał sobie sprawę z siły rywali.

- Trzeba być realistą. Francja, USA, Włochy czy Rosja indywidualnie są mocniejsi niż my. Cele trzeba sobie stawiać wysokie, ale i mieć świadomość, że czasem się wygrywa, a kiedy indziej przegrywa - podkreślił.

Polski Związek Piłki Siatkowej w pierwszym roku pracy Belga postawił przed nim za cel awans do czołowej "szóstki" mundialu. Plan zrealizował z nawiązką, ale mimo to zastrzegł, że wcale nie czuje się pewny swoich dalszych losów na tym stanowisku.

- Zostały mi jeszcze dwa miesiące. W listopadzie mam spotkanie z władzami federacji, by omówić wyniki. To życie, nigdy nie wiesz, co się wydarzy. Powtórzę jednak, że uwielbiam pracę z tymi chłopakami - przypomniał.

Gdy jeden z dziennikarzy spytał, gdzie jest jego medal, który otrzymał za niedzielny sukces, odparł, że nie potrzebuje go wiszącego na szyi. - Mam go tutaj, w mojej głowie - stwierdził.

Z Turynu Agnieszka Niedziałek

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje