Reklama

Reklama

Siatkarskie MŚ 2018

Artur Szalpuk: Mamy dwóch pewniaków, ale ja do nich nie należę

Artur Szalpuk, choć w ostatnich miesiącach wyrósł na podstawowego siatkarza w reprezentacji, uważa, że jest w niej dwóch pewniaków, ale on nie jest żadnym z nich. W rozmowie z PAP opowiedział też m.in. o specyfice pracy z Vitalem Heynenem.


Dotychczas wystąpił pan w dwóch z trzech meczów Polaków w mistrzostwach świata i w obu był pan najlepiej punktującym zawodnikiem zespołu. W spotkaniu z Portoryko, w którym trener Vital Heynen oszczędzał pana siły, zaprezentował pan z kolei inny talent. W kwadracie dla rezerwowych dał próbkę umiejętności tanecznych...
- Było wtedy wesoło. To był taki mecz, że mogliśmy sobie pozwolić na chwilkę żartów, ale też taką formą chcieliśmy dopingować naszych kolegów, którzy byli na boisku. To był mecz bez historii.

Ma pan poczucie, że drugie takie spotkanie już się nie trafi w tym turnieju?
- Nie myśleliśmy o tym w ten sposób. Jesteśmy przygotowani na każdego rywala i spodziewamy się ciężkich pojedynków, ale nie będę mówić, że z Portoryko bardzo się namęczyliśmy.

Co robił pan cztery lata temu?
- Oglądałem MŚ i przygotowywałem się do sezonu w klubie w Warszawie lub byłem na kadrze juniorskiej... Aż tak dokładnie nie pamiętam, ale na pewno byłem po swoim pierwszym roku występów w PlusLidze i kibicowałem chłopakom występującym w MŚ.

Mówił pan wówczas bliskim "zobaczycie, za cztery lata będę podstawowym zawodnikiem reprezentacji"?
- Chyba nie...

Ale po cichu marzył pan wtedy o tym?
- Jasne, że tak. Marzyłem, żeby być w drużynie narodowej i występować w największych turniejach i powoli to moje największe marzenie się spełnia.

Jest pan zaskoczony tempem rozwoju własnej kariery w ostatnich miesiącach?
- Nie wiem. Vital powiedział mi kiedyś, na początku naszej współpracy, że spodziewał się, iż bardziej się rozwinę...

Może chciał pana w ten sposób zmotywować?
- Być może. Oczywiście wspominam o tym żartobliwie. Nie mam do trenera o te słowa żadnych pretensji. Mam poczucie, że z roku na rok robię ciągły progres. Nie czuję, żebym się cofał czy zatrzymywał co do umiejętności i poziomu gry, a to mnie chyba najbardziej zadowala.

Był jakiś moment przełomowy? Miniony sezon klubowy w Treflu Gdańsk?
- Na pewno on był fajny i najprościej byłoby powiedzieć, że to był przełomowy sezon, bo jak na drużynę o nie za dużym budżecie osiągnęliśmy fajny wynik. Ale z każdego sezonu staram się coś pozytywnego wyciągnąć. Nawet ten sezon w Bełchatowie, gdzie przez połowę rozgrywek nie grałem, też mi dużo dał. Nie wyróżniałbym więc tu konkretnego roku.

Vital Heynen dokonuje wielu zmian w składzie, ale nie da się ukryć, że pana nazwisko pojawia się raczej w pierwszej kolejności przy ustalania składu...
- Nie wiem. Jak dla mnie, to mamy dwóch pewniaków do składu i ośmiu podstawowych zawodników.

A pewniakami są?

- "Kubi (Michał Kubiak - PAP) i "Zati" (Paweł Zatorski - PAP). Myślę, że oni są nie do ruszenia w tej drużynie, a resztę trener dobiera. Ja się nie czuję podstawowym zawodnikiem. Czuję się częścią drużyny i czuję, że mogę jej pomóc osiągnąć fajny wynik, ale nie wiem do końca, czy można tu w ogóle stosować takie pojęcie jak "podstawowy zawodnik". Może tylko do tych dwóch siatkarzy, których wymieniłem. Ja się tym wszystkim nie zajmuję. Po prostu wychodzę - czy to z ławki, czy w pierwszym składzie - chcę grać na 100 procent i dać coś od siebie drużynie oraz pomóc jej wygrać mecz.

Ale nie zaprzeczy pan, że w tym sezonie reprezentacyjnym gra bardzo dużo?
- Tak i cieszę się, że mam okazję grać, bo to mi potrzebne. Mam też swoje indywidualne ambicje, które gdy nie grasz, to musisz je oczywiście schować w kieszeni. Szczególnie na tak ważnym turnieju jakim są MŚ.

Był pan jednym z tych siatkarzy, który kiedyś przyznał, że potrzebował trochę czasu, by przyzwyczaić się do stylu bycia i trenowania Heynena...
- Po prostu w mediach Vital wyglądał na bardzo spokojnego i sympatycznego gościa, a się okazało, że potrafi też naprawdę mocno krzyknąć... Po prostu nie tego się spodziewałem. Nie przeszkadza mi to jakoś mocno, ale na pewno na początku spodziewałem się trochę innego stylu pracy. Ligę Narodów uważam jednak za pozytywne doświadczenie i myślę, że okazało się, iż ta nasza współpraca się układa.

Belg potrafi wciąż jeszcze zaskoczyć?
- Zaskoczyć może nie, ale czy do końca przywykłem? Nikt chyba nie lubi, gdy ktoś go ostro krytykuje. Można się może do tego przyzwyczaić, ale nie da się chyba powiedzieć, że sprawia mi to przyjemność. Chciałbym przy tym zaznaczyć, że broń Boże nie narzekam. Wiem, jaki mamy system pracy i wiemy, o co tu chodzi. On w ten sposób chce po prostu wydobyć z nas indywidualnie i drużynowo to, co najlepsze. Każdy szkoleniowiec ma swoje sposoby. My wiemy, jaki cel mają metody Vitala i że dobrze nas postrzega. Krzyknie raz na kilka akcji, ale też pochwali. Jest ekspresyjny, robi się od razu czerwony i to widać. Dlatego wszyscy od razu to zauważają, ale każdy krzyczy. Andrea Anastasi (trener Trefla Gdańsk - PAP) też krzyczy, a nikt o to nigdy nie pytał w wywiadach. Większość z nas to dorośli faceci. Niektórzy - jak ja czy podobni wiekiem do mnie koledzy - wchodzą w tę dorosłość i nie spędza nam to snu z powiek, że trener może mocniej zareagować.

Rozmawiała w Warnie Agnieszka Niedziałek (PAP).

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL