Reklama

Reklama

Rio de Janeiro 2016

Rio 2016. Trener Zielińskich: Dam sobie głowę uciąć, że nie brali dopingu

Trener polskich sztangistów Jerzy Śliwiński da sobie głowę uciąć, że Adrian i Tomasz Zielińscy nie brali dopingu. Przyznał, że ma duże wątpliwości, by doszło do sobotniego startu pierwszego z nich w igrzyskach w Rio de Janeiro.

PAP: Tomasz Zieliński został złapany na niedozwolonym środku o nazwie nandrolon. Teraz podejrzewany o stosowanie dopingu jest także mistrz olimpijski z Londynu Adrian Zieliński. Co pan myśli o tej całej sprawie?

Jerzy Śliwiński: - Nie mamy sobie nic do zarzucenia. Jesteśmy w szoku i będziemy wyjaśniać sprawę. Już po sprawie z Tomkiem musieliśmy się z tą decyzją pogodzić i szybko postawić na nogi Adriana. To jest tragedia nas wszystkich. Jestem odpowiedzialny za przygotowania i musimy wspólnie przetrwać ten okres. Myślałem, że Adrian dobrym startem to jakoś przykryje.

Reklama

Wierzy pan w start Adriana w igrzyskach olimpijskich w Rio de Janeiro?

- Musimy czekać, ale raczej nie będzie nam dane udowodnić na pomoście formy Adriana. Szkoda, bo zawodnicy trenowali przez cztery lata z myślą o tym występie i są przygotowani. Jestem nadal w szoku, tym bardziej, że trudno nam to wszystko wyjaśnić. To wszystko jest niedorzeczne i nielogiczne. Nandrolon siedzi w organizmie półtora roku. A ci zawodnicy od dziesięciu lat startują w imprezach rangi mistrzowskiej. To jest jakiś absurd.

Bracia Zielińscy są mocno ze sobą związani emocjonalnie. Na zgrupowaniach razem, jedzą to samo, robią to samo itd. Podejrzewaliście po ujawnieniu wpadki Tomasza, że za chwilę będzie coś podobnego się działo z Adrianem?

- Oczywiście, że tak. Cały czas myśleliśmy o tym, co będzie dalej. Zastanawialiśmy się nawet nad wycofaniem Adriana z rywalizacji. Tomek jak wyjeżdżał z Rio powiedział, że boi się o brata. Ale powtórzę - to jest niemożliwe.

Podnoszenie ciężarów to chyba obecnie największe źródło dopingu w sporcie. Jaki jest sens uprawiać taką dyscyplinę?

- Nie ma. Ostatnie miesiące pokazały dużo czarnej strony, ale doping jest także w innych dyscyplinach, nie tylko w ciężarach. Nie wiem, czy jest sens dalej się tym zajmować. Zresztą i z Tomkiem, i z Adrianem rozmawialiśmy już o tym, że chyba trzeba dać sobie spokój i zająć się czym innym. To ogromne talenty, ale życie jest czasami brutalne. Na razie są ogromne emocje, a trzeba podejść do tego spokojnie.

Często bracia byli kontrolowani?

- To zawodnicy, którzy od dziesięciu lat są w tym sporcie. Przeszli przez całe cykle szkolenia. Są kontrolowani na każdym niemal kroku i nigdy nie było żadnych podejrzeń. To dla wszystkich najbliższych jest szok.

Może lekarz popełnił jakiś błąd?

- Nie. Podawana była tylko suplementacja. Nie wchodzi w grę żadna pomyłka lekarska. W trójkę usiedliśmy sobie tutaj i porozmawialiśmy po męsku. Nie mamy sobie absolutnie nic do zarzucenia. Uważam, że nie zrobiliśmy żadnego błędu, choć zdaję sobie sprawę z tego, że każdy będzie tak mówił. Na pewno jednak nie winimy lekarza.

Da pan sobie głowę uciąć, że Zielińscy nie stosowali dopingu?

- Oczywiście, że tak. Jest to niemożliwe. Nie mógł taki środek znaleźć się w organizmie tych zawodników na takiej imprezie.

Podobno to jednak próbki pobrane w trakcie zgrupowania w Spale wykazały obecność nandrolonu w organizmie Tomasza. Niekoniecznie zatem musieli wziąć tę substancję tuż przed igrzyskami...

- To dla mnie niezrozumiałe, jak ja mogę wyjechać na igrzyska i nie mieć takiej informacji? Zawodnicy chodzą na kontrolę co tydzień i nie mamy żadnej wiadomości? Przecież Adrian trzy tygodnie temu był nawet na kontroli międzynarodowej. I nagle pojawia się temat?

Czy Adrian wystąpi w sobotę, jeśli zostanie do tego startu dopuszczony?

- W tej chwili trudno mi na to pytanie odpowiedzieć. On jest rozbity, załamany. Fizycznie jest dobrze przygotowany, ale teraz nie wiadomo, co będzie.

W Rio de Janeiro rozmawiała Marta Pietrewicz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje