Reklama

Reklama

Rio de Janeiro 2016

Edward Stawiarz: Nie wiedziałem czy w kolcach iść na trening, czy do kościoła

- Największe wrażenie zrobiła na mnie zrobiła ceremonia otwarcia. Łzy aż cisnęły mi się do oczu, stoisz wśród tysięcy zawodników i mówisz sam do siebie: Dopiąłem swego, jestem na igrzyskach! Trud nie poszedł na marne - opowiada Edward Stawiarz, lekkoatleta i olimpijczyk z Meksyku (1968 r.) i Monachium (1972 r.).

Czym jest zwycięstwo?

Reklama

- Dla każdego, obojętnie w jakiej dyscyplinie, zwycięstwo jest zwieńczeniem pewnego okresu pracy. Daje ogromną satysfakcję, że okazałem się lepszy od rywala, ale jest też zachętą do pracy. Sukces utwierdza w tym, że to co robisz, robisz dobrze, dlatego powinieneś pracować jeszcze więcej i jeszcze ciężej.

Jest Pan wielokrotnym medalistą mistrzostw Polski, ale interesuje mnie, czy istnieje coś takiego jak zwycięstwo bez medalu? 

- Można do tego podejść dwojako. Są dla każdego zawodnika konkurencje, w których samo ukończenie jest sukcesem. Mówię tutaj choćby o maratonie. Proszę mi wierzyć, że ukończenie tego dystansu jest sukcesem i mogę być nawet ostatni, bez medalu. Jednak są też takie sytuacje, gdzie ten medal jest oczekiwany.

O to chciałem również zapytać - ten morderczy maraton to sukces nawet, gdy ukończy się go na 50. miejscu?

- Tak jest, czy byłem pierwszy, czy trzydziesty, nieważne. Ukończenie maratonu było sukcesem. Wiadomo, że miłe było otrzymanie pucharu, ale satysfakcja największa była z samego ukończenia biegu. Cieszyliśmy się z pucharków, z pomarańczy, sport był inny. Ron Hill, mistrz Europy przyjechał do Dębna na turniej i cieszył się z pucharu o z kryształów. Ja wygrałem inny turniej i dostałem magnetofon, wie Pan co to było?

Domyślam się, że luksus.

- Dokładnie, luksus. Były też inne czasy - miałem ten plus, że byłem żołnierzem i otrzymywałem swoje wynagrodzenie, miałem mieszkanie, które mi się należało i nie musiałem dodatkowo jeszcze pracować. Była to nieregularna praca, bo czasami pojawiał się alarm w środku nocy i trzeba było jechać.

Nie byłem uprzywilejowany, po prostu tak było w tamtych czasach. Zakład pracy zapewniał pracownikom mieszkania. W tej chwili jest zupełnie inaczej, zawodnik często musi sam zarobić na siebie, zapłacić wpisowe i wszystko. Ja miałem spokojną głowę, zawody, treningi, wszystko miałem opłacone przez klub.


Pamiętam jak dostałem pierwszy sprzęt. Pojechaliśmy na półfinał Pucharu Europy, wchodzę do pokoju, a na łóżku stoją białe torby z czarnym napisem "Adidas", kolce i buty. Nie wiedziałem czy w tych butach iść do kościoła, czy na trening.

Nawet zimą potrafiliśmy grać w tych butach, śnieg po kolana, a my w tych adidasach do kostek. Mecze czasami trwały po 4-5 godzin, bo nikt nie chciał odpuścić. Dlatego jak mi czasami zawodnik narzekał, że ma złe buty, bo go ocierają tu czy tam, to im pokazywałem zdjęcie z tego spotkania, kiedy zimą staliśmy właśnie w tych butach.

Miał Pan przyjemność dwukrotnie uczestniczyć w igrzyskach olimpijskich. Jakie to uczucie?

- Pierwsze IO w 1968 roku były w Meksyku. Miałem za sobą osiem lat treningu, a to nie było dużo. Wyjątkowa Olimpiada, ostatnia w starym, antycznym stylu, egzotyczny kraj, bardzo wysoko ponad poziomem morza. Na treningach w Polsce biegałem w okolicach 12-13 minut, a tam miałem czas ponad 15.

Niesamowicie sympatyczny naród, wszędzie tylko "maniana, maniana", czyli "zaraz, zaraz". Stałem na przystanku, autobus spóźniał się ponad godzinę, a wszyscy uśmiechnięci "maniana, maniana" i faktycznie przyjechał.

Na mnie największe wrażenie zrobiła ceremonia otwarcia. Łzy aż cisnęły mi się do oczu, stoisz wśród tysięcy zawodników i mówisz sam do siebie: Dopiąłem swego, jestem na igrzyskach! Trud nie poszedł na marne.

A rok 1972 i IO w Monachium?

- To już zupełnie coś innego, wszystko uporządkowane, inna atmosfera. Nie było miejsca na spontaniczność, na radość. W Meksyku zawodnik wygrał, cały stadion, około 80 tysięcy ludzi biło mu brawo. A w Monachium kończył się bieg, szybko, szybko do tunelu, do dziennikarzy. Kibice od razu patrzeli na telebimy, które po raz pierwszy zostały wykorzystane i to one były w centrum uwagi.

W Meksyku wszyscy między zawodami, treningami, siedzieli ze sobą, rozmawiali we wszystkich językach, obok był jeszcze basen, to się razem wskakiwało i odpoczywało. Natomiast w Monachium było zupełnie inaczej, wszyscy pozamykani w swoich hotelach. Ogromny przeskok.

Jak dużo pracy trzeba wykonać, aby móc startować w IO?

- Nie można tego jednoznacznie określić, bo decydują o tym wrodzone elementy. Jeden zawodnik wykona katorżnicze treningi i nie osiągnie nic, a inny będzie trenował mniej i będzie mistrzem. Zależy to od wielu czynników.

Oczywiście praca jest bardzo ważna. Wielu mówi, że 80 proc. to praca, a 20 proc. talent. Mogę się zgodzić, ale dodam od razu, że właśnie to 20 proc. często decyduje o tym czy wygrywasz, czy przegrywasz.

Wygrana jest pojęciem względnym, dla mnie dobiegnięcie do mety w maratonie byłoby czymś niesamowitym. Pokonanie samego siebie jest dużo bardziej satysfakcjonujące niż rywali?

- Zgadza się. W tak długim biegu cały czas trzeba się łamać, organizm ma swoje momenty kryzysowe, ma ich kilka w trakcie biegu. Psychika również jest bardzo ważna, możesz na treningu roznosić wszystkich, być fenomenalnie przygotowanym, ale jeśli głowa nie daje rady, to nie będziesz dobrym sportowcem.

Skąd zafascynowanie bieganiem?

- Pochodzę ze wsi, a jak doskonale wiemy, w tamtych czasach na wsi wszędzie trzeba było biegać. Do sklepu trzy kilometry, do kościoła pięć kilometrów, biegało się za zwierzyną, czy to na pole, czy jak gdzieś z podwórka uciekła, na boisku, które było jedyną atrakcją. Albo jak szedłeś do domu, przed tobą jeszcze dwa kilometry i widzisz chmury, to żeby cię nie zlało, migiem do domu biegłem. Byłem naturalnie przygotowany do bycia biegaczem.

Pan działał w biegach jako zawodnik, trener, działacz, spiker. W której roli czuł się pan najlepiej?

- Mam problem z odpowiedzią na to pytanie, cieszyły mnie moje sukcesy, bardzo cieszyły mnie również sukcesy moich zawodników, bo to był sprawdzian mojej wiedzy. Cieszy mnie również okres mojego "prezesowania" w WKS Wawel Kraków, był to owocny okres, nie chcę się chwalić, ale wtedy również udało mi się kilka rzeczy osiągnąć. Udało mi się obronić klub, udało mi się obronić stadion, bo różne instytucje miały na niego zakusy, ale ja nie odpuściłem.

Sport jest chorobą? Pan był zawodnikiem, trenerem, sędzią, organizatorem. Nie potrafi Pan żyć bez sportu?

- Coś w tym jest, jak człowiek złapie bakcyla do rywalizacji to nie odpuści. Chęć rywalizacji jest w każdym człowieku, a sport daje ogromną szansę do walczenia. W sporcie trochę się zmieniło od moich czasów, kiedyś motywowały nas sukces, to nas nakręcało. Teraz wygrywasz mistrzostwo Polski i otrzymujesz pięciocyfrową sumę, a my otrzymywaliśmy uściska prezesa, dyplom i puchar, czasami jakieś owoce czy nagrodę rzeczową w postaci magnetofonu.

Te pieniądze zniszczyły trochę maraton, bo powstało strasznie dużo komercyjnych biegów, miałem zawodnika, który ocierał się o kadrę, był ogromnym talentem, jednak nie stać było go na zawodowe uprawianie sportu, musiał iść do pracy. A ze swoim talentem biega sobie po tych turniejach w sobotę i w niedzielę, bez większego treningu i tu wygra 500 zł, tu tysiąc, tu dwa. A mógł zostać naprawdę klasowym biegaczem na arenie międzynarodowej.

Rozmawiał Paweł Nowak

Dowiedz się więcej na temat: Edward Stawiarz | maraton | igrzyska olimpijskie