Reklama

Reklama

Rio de Janeiro 2016

IO w Rio de Janeiro. Badminton. Zięba: "Grupa śmierci" ma swoje zalety

Nadieżda Zięba (UKS Hubal Białystok) w rozmowie z PAP przyznała, że ma nadzieję, iż trema przed trzecim startem w igrzyskach zadziała mobilizująco. Badmintonistka, która wystąpi w grze mieszanej, dostrzega nawet zaletę trafienia do "grupy śmierci" w Rio de Janeiro.

Polska Agencja Prasowa: Czeka panią trzeci występ w igrzyskach, a pani partnera w grze mieszanej - Roberta Mateusiaka - piąty. Czy można mówić w ogóle w przypadku tak doświadczonych zawodników o tremie?

Nadieżda Zięba: - Trema zawsze jest, tylko można ją odczuwać w różnym stopniu. Jak ktoś mówi, że się nie denerwuje przed taką imprezą, to mu nie wierzę. Nerwy na pewno u mnie teraz będą przed startem, ale mam nadzieję, że nie będzie to wyglądało tak jak przed debiutem. 

Teraz już spokojniej do tego wszystkiego podchodzę. Robert tym bardziej. Muszę być bojowo nastawiona, żeby trema miała pozytywne przełożenie na moją grę. Ważne będzie, żeby zapanować nad nerwami i móc pokazać to, do czego przygotowywaliśmy się cały rok.

Reklama

Czy turniej olimpijski da się porównać z jakimikolwiek innymi zawodami?

- Jeśli chodzi o sam sposób rozgrywania meczów, to się nie różnią. Ale w głowie cały czas siedzi, że ten turniej jest tylko raz na cztery lata i każdy zdaje sobie sprawę, o co gra. Dlatego zawsze trudno przewidzieć, kto wywalczy krążki. 

Co do medalistów wcześniejszych igrzysk i tych, którzy już mają za sobą udział w tych zawodach jest większa pewność, że zaprezentują się na swoim "normalnym" poziomie, ale jak ktoś debiutuje, to bardzo często się zdarza, że gra dużo gorzej. My jesteśmy na tyle doświadczeni, że myślę, iż nie zagramy poniżej swojego poziomu.

W mediach można było przeczytać, że trafili państwo do "grupy śmierci". Jaka była pani reakcja na wieść o rywalach w pierwszej fazie zmagań?

- Dowiedzieliśmy się o tym od trenera. Na pewno nie było to sprzyjające losowanie. Pod kątem psychologicznym to jednak może nawet lepiej, że tak trafiliśmy, bo zawsze w ciężkich warunkach nam się dobrze gra. Myślę też, że każdy z naszych przeciwników nie cieszy się z tego, że trafili z nami do grupy. To działa w obu kierunkach.

Teraz czeka państwa podróż do Ameryki Południowej i zmiana czasu o pięć godzin, ale w przeciwnym kierunku niż w przypadku wyprawy do Azji, gdzie odbywa się wiele imprez badmintonowych. Podróż w którym kierunku jest dla pani bardziej dogodna?

- Ta w przypadku lotu do Brazylii, ale Robert woli do Azji. Tak więc ja akurat się cieszę, że igrzyska są w Rio, on mniej.

Z pakowaniem się były jakieś problemy?

- Przy naszym trybie życia mam już swoją metodę, ale przy tym wyjeździe zajęło mi to więcej czasu, bo trzeba było przejrzeć olimpijskie rzeczy. Nie miałam jednak większego problemu z tym.

10 września w Warszawie odbędzie się Narodowy Dzień Badmintona. Na płycie PGE Narodowego zainstalowanych zostanie ponad 50 kortów. Słyszała pani wcześniej o tego typu przedsięwzięciu?

- Mecze badmintona odbywają się w różnych miejscach, ale nie słyszałam nigdy o tym, by było to zorganizowane na tak dużą skalę. Czasem organizują spotkania tam, gdzie jest dużo ludzi - na plażach czy w centrach handlowych. O bardzo nietypowych miejscach nie słyszałam.

W Europie nie jest to zbyt popularna dyscyplina.

- To prawda. W Azji cieszy się większym zainteresowaniem i tam wymyślają różne tego typu ciekawostki. Na Starym Kontynencie - w Danii czy Francji jest jeszcze w miarę dobrze. W reszcie krajów - słabo. Cieszy nas, gdy przychodzą osoby uprawiające ten sport amatorsko, bo jest szansa, że później przyprowadzą dzieci. Każde zainteresowanie jest dla nas cenne.

Kiedy trzeba zacząć grę, żeby mieć szansę na sukcesy w badmintonie?

- Ja rozpoczęłam jak miałam siedem lat, Robert jako 10-latek. Najlepiej zacząć do momentu jak się skończy 10 lat. U początkujących zajęcia nie są częste - raz dziennie lub wystarczy nawet pięć razy w tygodniu. Intensywniejsze zajęcia zaczynają się od 15., 16. roku życia. 

Czy treningi koncentrują się na technice czy obejmują też np. zajęcia na siłowni?

- Fizyczne przygotowanie często można wypracować, biegając na boisku. Ogólnie chodzi o to, by mieć jak najczęściej styczność z rakietą, bo to bardzo techniczna dyscyplina. Trzeba spędzać jak najwięcej godzin na boisku.

Kilka lat temu dużą popularnością w internecie cieszył się filmik z bójką badmintonistów z Tajlandii. Osoby uprawiające ten sport uchodzą raczej za spokojne...

- To tylko wrażenie. Gdyby przyszła pani na trening... A tak na poważnie, to na zewnątrz nic się raczej nie dzieje, ale na korcie czasem przed ważnymi imprezami rakiety latają. Jednak do spięć między zawodnikami dochodzi bardzo rzadko. Większość z nas długo już się zna i raczej takich niedorzecznych sytuacji nie ma.

Miała pani w przeszłości kłopoty z biodrem.

- Wypadła mi dwuletnia przerwa - najpierw urodziłam dziecko, a potem odnowiły się moje problemy z biodrami, które miałam od urodzenia i przeszłam zabieg. Byłam nawet zdziwiona, że udało mi się tak szybko wrócić do gry, bo tak naprawdę dopiero w roku kwalifikacji. Tym bardziej się cieszymy, że udało nam się zakwalifikować.

A jakie są najczęstsze urazy w pani sporcie? Kontuzje nadgarstka?

- Różnie to bywa. Ścięgna Achillesa, kolana, nadgarstka raczej nie. Czasem bark. Nie ma raczej typowych kontuzji, ale chyba najczęściej Achillesy, bo jest sporo wyskoków i gwałtownych ruchów. Śmiejemy się, że sport to zdrowie, ale każdy ma swoje urazy i chodzi o to, by walczyć z tym na tyle, by nie przeszkadzały w grze.

Rozmawiała Agnieszka Niedziałek

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL