Reklama

Reklama

Igrzyska, czyli jak syrenka zmieniła się w rakietę

Czym są dzisiejsze igrzyska olimpijskie? To wciąż romantyczna przygoda i walka o laur zwycięstwa czy czysty biznes z konfliktami globalnymi w tle? Na to pytanie próbują odpowiedzieć Erwina Ryś-Ferens, wybitna polska łyżwiarka, czterokrotna olimpijka, i Janusz Pindera, dziennikarz sportowy, który od 1992 był na wszystkich letnich igrzyskach olimpijskich.

Kim Dzong-Un po raz kolejny testuje rakiety balistyczne, chwali się, że program budowy strategicznych sił jądrowych został zrealizowany, a jego pociski mogą dosięgnąć USA. Świat wstrzymuje oddech. Czeka na reakcję Donalda Trumpa i innych przywódców największych mocarstw.

Reklama

Reakcji militarnej jak dotąd nie było, ale sytuacja między Koreą Północną a wieloma państwami świata pozostaje bardzo napięta.

Czy igrzyska będą bezpieczne? To najczęściej powtarzające się pytanie przed jedną z dwóch największych imprez sportowych roku. Pytanie, które od kilku lat wraca przy okazji kolejnych igrzysk - czy to letnich, czy zimowych.

- Jeśli duże imprezy organizują takie kraje jak Korea Południowa, za cztery lata Chiny, a wcześniej Rosja, to o sprawy organizacyjne jestem spokojny. Jestem przekonany, że będą to najbezpieczniejsze igrzyska z dotychczasowych - uważa Janusz Pindera, dziennikarz i komentator, który od 1992 roku obsługiwał wszystkie letnie igrzyska olimpijskie.

- Generalnie wszystkie igrzyska, gdzie były nawet uzasadnione obawy, jak np. w Londynie czy Soczi, przebiegały spokojnie. Patrzyłem, ile teraz pieniędzy wydaje się na zabezpieczenia. Są to miliony, a nawet miliardy. Nie obawiałbym się, że może stać się coś niepożądanego - dodaje.

Piękna idea

Na przełomie wieków, w czasach zaostrzania się konfliktów między mocarstwami europejskimi, zmierzającymi ku I wojnie światowej, Pierre de Coubertin chciał wskrzesić olimpijską ideę pokoju i jedności między narodami. I rzeczywiście, pierwsze igrzyska stanowiły świadectwo jedności świata. Na ten czas zawieszano wszelkie spory, a zwycięzcy igrzysk dostawali srebrne medale oraz gałązki oliwne na wzór starożytnej tradycji. Wiele się zmieniło, ale wciąż pozostało jedno - wielkie wzruszenie, gdy z głośników słychać hymn państwowy. Zresztą przyznają to nie tylko zawodnicy, ale też polscy kibice. Według badań aż 79 proc. z nich wzrusza się, gdy słyszy Mazurka Dąbrowskiego*.

Tymczasem z pięknej idei Pierre'a de Coubertina zostało dużo mniej, niż można przypuszczać. Z jednej strony mamy strach przed nieobliczalną Koreą Północną, z drugiej wciąż niesłabnące spory: o Kaszmir, w Strefie Gazy, we wschodniej Ukrainie i inne. Dziś nikt nie myśli o zawieszeniu broni i kilku tygodniach spokoju.

- Na tym świecie nikt już reguł nie przestrzega - uważa Erwina Ryś-Ferens, była łyżwiarka, czterokrotna uczestniczka zimowych igrzysk olimpijskich.

- To jest zapisane w karcie de Coubertina, ale nikt na to nie patrzy. Każdy robi co chce i nie ma żadnych konsekwencji. Może lepiej byłoby zawiesić igrzyska albo po prostu zrezygnować z tej pięknej idei i oddzielić jedno od drugiego - zastanawia się Ryś-Ferens.

- Lata temu jeszcze się załapałam na czas, kiedy to była faktycznie piękna, wartościowa impreza, ale teraz igrzyska nie mają nic wspólnego z tą ideą. To jest po prostu show i biznes. Choć i tak mniejszy niż w przypadku letnich igrzysk - zauważa była olimpijka.

- Pindera: - Przypomnijmy sobie chociażby ostatnie igrzyska w Soczi, gdzie równolegle trwał konflikt na Ukrainie. Czy ktoś coś z tym zrobił? Tak po prostu jest, zmieniły się czasy.

Pindera z przekąsem dodaje jednak, że akurat część polskiej reprezentacji jest wierna idei Pierre'a de Coubertina.

-  Czy my nie jesteśmy wierni tej idei? Ciągle nasi zawodnicy jeżdżą na igrzyska, by tylko poczuć smak tej imprezy. Ciągle jeżdżą po naukę, a nic z tego nie wynika. Bo przecież w igrzyskach "nie jest ważny wynik, a sam udział" - uśmiecha się dziennikarz.

Romantyzm czy pieniądz

W igrzyskach, poza wynikiem lub samym udziałem, liczy się jeszcze jedno - pieniądze. Dziś to jeden z katalizatorów współczesnego sportu. Dzieje się tak zarówno na płaszczyźnie klubowej jak i reprezentacyjnej. Gigantyczne kontrakty samych zawodników z jednej strony, kontrastują z innymi, dla których sport wciąż jest na pierwszym miejscu.

Jak na przykład bobslejowa drużyna kobiet z Nigerii, która po raz pierwszy pojawi się na zimowych igrzyskach olimpijskich. Ba, będzie to pierwsza reprezentacja z Afryki, która weźmie udział w zimowym święcie sportu. Tu o wielkich pieniądzach mowy być nie może - kobiety same zebrały 150 tys. euro, by móc pojechać do Pjongczangu. Zorganizowały akcję crowdfoundingową i zdobyły przepustki na igrzyska.

Nigeryjki to jednak wyjątek, który nie potwierdza reguły. Sport przestał być romantyczny, a stał się biznesem. Oczywiście, wciąż laur zwycięstwa kusi, ale krok w krok idą za tym wielkie pieniądze.

- Tak jest na całym świecie, trzeba się z tym pogodzić. Dziś bez dużych pieniędzy nie ma już wielkiego sportu - wykłada Pindera. - Jeszcze w dyscyplinach zimowych widać tę namiastkę romantyzmu, ale już w sportach letnich pieniądze są dużo większe i wszystko się zaciera. Dyscypliny zimowe wciąż są stosunkowo skromne.

- Chyba nie Holandia! - kontruje Ryś-Ferens. - Przecież to prawdziwa fabryka zawodników. Taki Sven Kramer nie czeka, jak u nas Bródka i inni, od igrzysk do igrzysk. Ma hojnych sponsorów i żyje na wielkim poziomie, jak np. piłkarze.

Jak syrenka zmieniła się w rakietę

Faktem jest, że również w sportach zimowych, nakłady są coraz większe. Czy można powiedzieć, że przez to igrzyska na tym tracą? Na pewno zmieniły charakter. Dziś wyglądają nieco inaczej niż w czasach, gdy Wojciech Fortuna sięgał po złoto w skokach narciarskich w Sapporo.

Ryś-Ferens: - To jak porównać syrenkę do rakiety. To dwa zupełnie inne światy. Kiedyś to była amatorszczyzna, a w tej chwili ci, którzy poważnie traktują sport, są w pełni profesjonalni. Jak wspomniani Holendrzy czy Norwegowie, którzy mają dosłownie wszystko. Ale dzięki temu mają też wyniki.

Być może katalizatorem do rozwoju mogłyby być igrzyska zorganizowane u nas w kraju. Z jednej strony to wielki koszt, ale z drugiej zostawiamy gotową infrastrukturę, którą możemy wykorzystać, by szlifować kolejne pokolenia sportowców. Tak przynajmniej uważa 76 proc. Polaków, którzy przyznają, że poprawa infrastruktury może znacząco wpłynąć na przyszłe sukcesy sportowe**.

Czy igrzyska w Polsce są realne?

Kilka lat temu z pomysłem organizacji zimowych igrzysk wystąpił Kraków. Oficjalnie zgłoszono kandydaturę, ale równie szybko pomysł upadł. Sprzeciwili się temu sami mieszkańcy miasta, którzy w referendum stwierdzili, że nie chcą igrzysk w stolicy Małopolski.

Teraz z podobnym pomysłem wyszli samorządowcy z Karpacza i Szklarskiej Poręby. Nieśmiało mówią o wspólnym przedsięwzięciu z Czechami pod hasłem "Karkonosze 2030". Część konkurencji miałaby się odbyć po polskiej stronie, a część po czeskiej. Ostatecznie impreza miałaby kosztować 30 mld dolarów - po 15 dla każdej ze stron. Przy wydatkach z Soczi (ponad 50 mld) to nie tak dużo, ale i tak wciąż sporo. Czy taki pomysł ma sens?

-  Przy tych pomysłach brakuje rzeczowej analizy. Chciałbym się dowiedzieć, co na ten temat sądzą eksperci, a nie politycy. Na pewno przybyłoby nam wielu obiektów, w tych rejonach powstałyby nowe drogi. Może jednak najpierw warto przeprowadzić duże mistrzostwa świata, a dopiero analizować i zastanawiać się nad ewentualnymi igrzyskami - konkluduje Pindera.

*;** - raport IBRIS na zlecenie Totalizatora Sportowego

Dowiedz się więcej na temat: Pjongczang 2018