Reklama

Reklama

Pjongczang 2018

Pjongczang 2018. Złotkowska: Przełamuję rutynę. Wszystko jest możliwe

- Od 10. roku życia uprawiam łyżwiarstwo szybkie i zawsze sprowadzało się ono do pojedynczych torów, zmiana z wewnętrznej na zewnętrzną część. Prawdziwym wyścigiem, walką jest jednak dopiero bieg masowy, w którym startuję dla przełamania rutyny. Tu może zdarzyć się wszystko – podkreśla panczenistka Luiza Złotkowska.

Po zajęciu siódmego miejsca w wyścigu drużynowym, gdzie Złotkowska startowała wespół z Natalią Czerwoną i Karoliną Bosiek, Polka chce się pokazać w biegu masowym. Początek jej półfinału przewidziano na sobotę, o godz. 12:15. O kwadrans wcześniej, w pierwszym półfinale, wystartuje 22-latka Magdalena Czyszczoń. Transmisja obu biegów w Eurosporcie.

Reklama

Michał Białoński, Eurosport.interia.pl: W biegu o 7. miejsce udało wam się poprawić wynik o ponad sekundę w stosunku do eliminacji.

Luiza Złotkowska, polska łyżwiarka szybka: Większym sukcesem jest odmłodzenie składu w ciągu dwóch dni o 20 lat (śmiech). A tak poważnie, to zrobiłyśmy to co mogłyśmy, czyli pokonałyśmy Koreanki, wspierane przez kibiców. Jedyne, o co mogłyśmy się bić to siódme miejsce i je osiągnęłyśmy. Ważne było, aby dojechać do mety razem i na tym się skupiałyśmy.

Karolina Bosiek jest dobrą zawodniczką, brakowało jej jednak odwagi, więc chciałyśmy jej jak najbardziej umilić pierwszy ważny start w dorosłym życiu, aby miała dobre wspomnienia. Wynik 3:03, jaki uzyskałyśmy w drużynie, nie jest wyżyłowany, bo prowadziłyśmy wyraźnie.

Na 18. urodziny wręczyłyście Karolinie tort w kształcie łyżew. Kto to wymyślił?

- Marcin Doroś z misji olimpijskiej. Nie było dużo czasu, gdyż skupiałyśmy się na starcie.

W półfinale jechałyście w starym składzie, z Katarzyną Bachledą-Curuś i nie powiodło się. Brakło zgrania? Sama podkreślałaś, że od roku nie jechałaś w tej drużynie, a nie trenowałyście tego.

- Dla Kasi nie był to wymarzony start na jej piątych igrzyskach, ale ja nigdy tego nie zapomnę, że to Kaśka zaczęła polskie kobiece łyżwiarstwo szybkie na światowych arenach, że to z nią przez prawie 12 lat jeździłyśmy bieg drużynowy. Teraz, w ćwierćfinale miała gorszy dzień. Należy pamiętać medale IO, jakie zdobywałyśmy, a nie ten gorszy ćwierćfinał. Chciałyśmy walczyć o kolejny medal, ale sport jest brutalny.

To symboliczne, że Bachledę-Curuś zastąpiła młodziutka Bosiek?

- Gdy Kaśka startowała na pierwszych IO, to Karolina się jeszcze nie urodziła. Fakt, to symboliczne przekazanie pałeczki.

Jaki widzisz potencjał waszej drużyny na igrzyska w Pekinie?

- Cztery lata w sporcie to szmat czasu. Oczywiście za mało do wychowania zawodniczki na światowym poziomie do biegu drużynowego, która by jechała równo z nami. Nie wiemy też, czy w tym czasie ktoś się nie zakocha, a ktoś inny nie dozna kontuzji, czy ktoś się nie znudzi sportem, najzwyczajniej w świecie nie będzie miał tego dosyć. Karolina Bosiek ma ku temu świetne warunki, jej pozycja wyjściowa jest bardzo dobra.

My zaczęłyśmy w 2007 r. gdy Ewa Białkowska stworzyła kadrę kobiet w Polsce. Wzięto do niej wszystkie potencjalne zawodniczki, które mogłyby startować w biegu drużynowym. Byłam ja, Natalia Czerwonka, Kaśka Woźniak, Kaśka Bachleda-Curuś trenowała z innym trenerem. Ten proces budowania drużyny trwa naprawdę długo. To nie działa tak, że weźmiemy teraz dwie zdolne juniorki i one w przyszłym sezonie, na jesieni będą mogły stawać z nami i jechać bieg drużynowy. Karolina ściga się z nami w startach na dystansach i czasem nawet wygrywa, to jednak w biegu o siódme miejsce miała trudne chwile. Uważam, że system szkolenia naszej drużyny powinien się trochę zmienić.

Jakie masz plany na sobotni start w biegu masowym?

- Wiedziałam, że do Korei jadę na bieg drużynowy i bardzo chciałam wystartować w biegu masowym. Ten sezon był o tyle ciężki, że na trzy starty w masowym dwa razy upadłam, zostałam przez kogoś potrącona i niestety nie utrzymałam prędkości. Rzutem na taśmę, w ostatnim biegu PŚ, zakwalifikowałam się na listę startujących na IO, tylko byłam pierwszą zawodniczką rezerwową. Dopiero gdy Rosjanki zostały wykreślone, ja wskoczyłam na listę startową, więc jest to ogromny fart!

Co cię skłoniło do startów w tłumie zawodniczek?

- To bardzo ciekawy wyścig. Zaczęłam go jeździć dla przełamania rutyny. Od 10. roku życia uprawiam ten sport i łyżwiarstwo to zawsze były pojedyncze tory, zawsze zmiana do wewnętrznej i na zewnątrz na przeciwległej prostej. To nie był wyścig, właściwie wjeżdżało się na drugim miejscu na metę, a zawody można było skończyć na 30. pozycji. Tymczasem wyścig masowy jest bardzo kontaktowy, widowiskowy, przez co też bardzo nieprzewidywalny.

Widzisz w tym nadzieję dla siebie?

- Czasem liderki mogą być przyblokowane i nie są w stanie wykazać tego, na co są przygotowane. Dzięki temu zawodnicy z odleglejszych pozycji czasem wjeżdżają na metę triumfalnie na wysokich miejscach! Ten wyścig nie jest taki schematyczny. W klasycznych startach jest pierwsza piętnastka i nie ma niespodzianek. Tu jesteś dziesiąty na PŚ i możesz być maksymalnie 5., a minimalnie - 15. W wyścigu masowym różnice się zacierają, są łyżwiarze, którzy przyszły z wyścigów na rolkach, czy z short-tracku i specjalizują się właśnie w starcie masowym. To sprawia, że jest tak większa adrenalina i jest to ciekawsze nawet dla widzów!

Rozmawiał w Gangneungu Michał Białoński

Dowiedz się więcej na temat: Luiza Złotkowska