Reklama

Reklama

Pjongczang 2018

Pjongczang 2018. Natalia Czerwonka: Trzeba wyszarpać medal

- Do Soczi jechałyśmy po medal jak po swoje. Tutaj trzeba będzie go wyszarpać - podkreśla w rozmowie z nami panczenistka Natalia Czerwonka.

Michał Białoński, eurosport.interia.pl: Zajęłaś dziewiąte miejsce, najlepsze spośród Polek. Gratulacje!

Natalia Czerwonka: - Chciałam pobiec najszybszy bieg sezonu, czyli o sekundę szybciej. Wynik 1:56,5 dawałby mi bardzo dobre miejsce w ósemce. Nawet wynik 1:57 by mnie bardziej satysfakcjonował, a ten, który osiągnęłam jest na poziomie tych, jakie miałam w Pucharze Świata.

Przeciwniczkę miałam bardzo mocną (Brittany Bowe z USA - przyp. red.) i o tym wiedziałam. Raczej nastawiałam się na swój bieg, na swoją jazdę, a nie na ściganie się z nią od początku, bo skończyłoby się to pewnie tragicznie. Trochę zabrakło ostatniego wirażu, który był dla mnie bardzo ciężki.

Reklama

Próbowałaś się trzymać, bo bodaj po drugim okrążeniu była najmniejsza różnica między wami. Zatem plan był dobry.

- Ja podganiałam, ale, że tak powiem, naszym żargonem sportowym, ona miała "bliżej do domu", jechała tym małym torem (po wewnętrznej - przyp. red.). Ja miałam dalej i ten tor jest zawsze ciężki. Starałam się trzymać jak najbliżej. Wiedziałam, że wynik Amerykanki będzie w okolicach podium.

Prezes PZŁS Roman Derks stwierdził, że to jeden z najszybszych położonych na poziomie morza torów. Zgadzasz się z tym po starcie?

- Takie wyniki osiągałam w Europie, więc pewnie tor nie jest najszybszy. Ale tak bywa z tymi położonymi na poziomie morza. Tor przygotowują znakomici lodomistrzowie, sprowadzeni z Calgary, gdzie jest najszybszy lód na świecie. Powiedzieli, że będzie bardzo szybki i zrobili go, ale niektórych rzeczy nie da się oszukać.

Nie było dla ciebie za ciepło na hali? Np. Niemka Gabriele Hirschbichler po wyścigu rozebrała się do koszulki z krótkim rękawem.

- Jest bardzo ciepło. Jutro jest bieg mężczyzn, później te na 5 i 10 km, więc uczestnikom tych wyścigów będzie jeszcze bardziej gorąco. Taki mamy sport. Dlatego pod kombinezonkiem nie mamy praktycznie nic i jesteśmy do tego przyzwyczajeni. Tak jak lekkoatleci.

Jak ci się mieszka w wiosce olimpijskiej w Guangneungu?

- Jest parę rzeczy, które mnie zaskoczyły. Mamy wszędzie bardzo blisko, na stołówkę itd. Na wcześniejszych igrzyskach musieliśmy pokonywać duże odległości rowerami. Tutaj wszystko jest pod nosem. Zauważam drobne niedociągnięcia, jak transport na tor. Czasem brakuje busów, są pełne, organizatorzy trochę sobie z tym nie radzą. Ogólnie jednak wszystko jest pozytywne.

Macie za to o niebo cieplej, niż skoczkowie czy narciarze w górach, w Alpensia Center.

- Wiem o tym. Oglądałam dzisiaj biathlonistki. Niska temperatura to jest nic, ale wiatr, nawet w drodze na stołówkę przeszywa zimnem i bardzo współczuję dziewczynom. Łączymy się z nimi w bólu.

Jakie masz dalsze plany na igrzyska?

- Wtorek to dzień przerwy w startach, ale 14 lutego startuję na 1000 metrów z Karoliną Bosiek. A potem skoncentrujemy się na biegu drużynowym, bo to jest dla nas najważniejsze.

Gdzie widzisz większe szanse?

- Skoncentrujemy się na biegu drużynowym. Widać, jakie kraje prezentują jaki poziom. Troszkę "przygasły" Chinki, które niesamowicie jechały na Pucharach Świata, zwłaszcza w Salt Lake City, gdzie nas zaskoczyły.

Jakie macie szanse w drużynie?

- Nie ma co ich oceniać. Ludzie się przyzwyczaili do naszych medali, tymczasem od igrzysk w Soczi nie stanęłyśmy na podium MŚ i to trochę boli. Jesteśmy tutaj w innej roli niż byłyśmy w Soczi. Jako atakujące, a nie broniące. I może to lepiej, bo w Vancouver była niespodzianka. Ja do Soczi jechałam po medal, którego nie otrzymałam w Vancouver i tak naprawdę wiedziałam, że ten medal stamtąd przywiozę. Byłyśmy niesamowicie mocne i stawałyśmy na każdym Pucharze Świata na podium, byłyśmy drugie w klasyfikacji generalnej. Do Rosji jechałyśmy po medal. Tutaj trzeba będzie sobie ten medal wyszarpać. Może będzie wówczas bardziej doceniony.

Często trenowałyście drużynówkę? Mieszkacie przecież w różnych miejscach Polski.

- To prawda, ale prawie przez 300 dni w roku jesteśmy razem na obozach. Zresztą to pytanie nie do mnie, tylko bardziej do trenera kadry kobiet. Faktycznie, każda z nas ma innego trenera i trenuje innym systemem. I tyle.

Bywają sytuacje napięte?

- Chyba panowie najlepiej wiedzą jak jest u kobiet (śmiech). Tak jak w życiu. Bywają różne sytuacje. Mamy przede wszystkim stanąć na starcie i dojechać razem do mety: ładnie, składnie, synchronicznie, popychając się i  bardzo szybko.

Kiedy miałyście ostatni wspólny trening do drużynówki?

- W zeszłym tygodniu (śmiech). Będzie jeszcze czas na to.

Skład macie ustalony?

- Myślę, że to będzie "stary" skład z Soczi.

Co to za wisiorek nosisz?

- Holenderskie buciki. Na tory przychodzi król Holandii, niesamowite święto jest. Holendrzy pokazali mocne trzy kilometry, krzyczeli "Een, twee, drie", ciesząc się z tego, że całe podium jest ich. Król będzie tu codziennie, atmosfera jest niesamowita.

Rozmawiał i notował w Gangneungu Michał Białoński

Każda sekunda igrzysk tylko w Eurosport Player

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje