Reklama

Reklama

Pjongczang 2018

Pjongczang 2018. Justyna Kowalczyk: Za tydzień decyzja o mojej karierze

- Na tych igrzyskach byłam jedyną reprezentantką Polski na królewskim dystansie 30 km, a wśród mężczyzn nie mieliśmy też nikogo na 50 km. To jest bardzo przykre, to jest dla mnie wielka porażka! Nie wiem co myślą ci, którzy tu są z reprezentacji Polski, ale ja w ich wieku, gdy biegałam na nartach, marzyłam o wystąpieniu w królewskim dystansie, na igrzyskach olimpijskich. Oni mieli taką szansę i słyszę, że przygotowuję się do Pucharu Świata w Lahti – grzmiała na mecie biegu na 30 km Justyna Kowalczyk, która zajęła 14. miejsce. Polka najpewniej zakończyła karierę olimpijską.

- Jestem człowiekiem i jak człowiek się starzeję. Za cztery lata będę biegać tylko gorzej - odpowiedziała na pytanie, czy Pjongczang był jej ostatnim występem na IO.

Michał Białoński, eurosport.interia.pl: Jak ocenisz te igrzyska?

Justyna Kowalczyk: Nie były dla mnie udane, ale takie jest życie. Nie zawsze się powodzi. Okazało się, że rywalki są za silne.

- Ciężko było jak jasna cholera. Krzyknęłam do trenera po siedmiu kilometrach, że nic z tego, że jest ciężko i nie utrzymam. Sprawdziło się, chwilę później odpadłam. Rywalki od samego początku narzuciły bardzo mocne tempo. O ile przez moment miałam przebłyski, że być może coś się uda, ale w pewnym momencie zrobiła się luka między mną a czołówką i wiedziałam, że ta luka jest nie do nadgonienia.

Reklama

Najwyższe miejsce miałaś dziesiąte, po sześciu kilometrach. Próbowałaś gonić, podjęłaś atak na siódmym kilometrze?

- Wtedy właśnie zaczęłam odpadać (śmiech). Podjęcie ataku w moim wykonaniu było na samym początku, a później tylko utrzymanie tempa. Gdy zaczęłam odpadać na siódmym, walczyłam z kryzysem do piętnastego, ale po dwudziestym kilometrze było już wszystko w porządku.

Czujesz duże rozczarowanie? Cztery lata pracy dały ci dopiero 14. miejsce, a liczyłaś pewnie na więcej.

- Słuchajcie, bieg na 30 km ma to do siebie, że dużo się na nim dzieje. Najpierw masz nadzieję, a później ta nadzieja umiera, w końcu widzisz, że umarła. Wydaje ci się, że nie jesteś w stanie zrobić nawet kilometra, bo jesteś tak zakwaszony. Nagle to wszystko mija i zaczynasz znowu walczyć. Summa summarum jeszcze kogoś dogonisz, jeszcze raz zawalczysz i jesteś zadowolony, że przyleciałeś, na 14. miejscu na przykład, na metę.

W szatni spotkałam Kerttu Niskanen płaczącą bardzo mocno. Nie wiem co się jej stało. Saarinen pyta: "Jak było?", odpowiadam: "No...", ona: "Rozumiem". Fajnie było sobie powspominać lata, które minęły. Tak naprawdę tylko jedna starsza osoba biega w czołówce, a reszta to jest młode pokolenie.

Ja zawsze byłam normalnym człowiekiem i widać, że starzeję się jak normalny człowiek.

Jak ocenisz swój występ na całych igrzyskach?

- Sprint jak sprint, ale tak naprawdę ta "trzydziestka" miała być moim najlepszym biegiem i wszyscy o tym wiemy. No i była, ale nie tak dobrym jak byśmy chcieli. Z drugiej strony jednak powiedzmy sobie, z ręką na sercu, że jeżeli od czterech lat stałam w niej na podium tylko tutaj, podczas próby olimpijskiej, przy niepełnej obsadzie Pucharu Świata, no to naprawdę trudno było oczekiwać cudów.

Można pamiętać dziesiątki moich wyścigów, walki do końca itd., ale jak nie ma z czego, to nie ma z czego.

Czy to był twój ostatni start na IO?

- Nie podjęłam jeszcze decyzji. Wydaje mi się, że nie dotrwam do następnych igrzysk. Już wiem, że na pstryknięcie palcem nie wrócę do czołówki. Robiłam wszystko w przygotowaniach, pracowałam najlepiej jak się da, byłam bardziej profesjonalna niż w czasach, gdy wygrywałam. To nie dało spodziewanego efektu. Widocznie po wszystkich perypetiach, które mi się zdarzyły już nie wrócę na tamten poziom! Za cztery lata może być tylko gorzej.

A może jeszcze z trenerem Wierietielnym coś zmienicie w treningu? Siłę i wytrzymałość masz, by postawić np. na świeżość?

- Już wszystkiego próbowaliśmy. Na tych igrzyskach byłam "wyświeżona" jak nigdy dotąd. Tak po ludzku to przykrość dla mnie i trenera, bo tak wiele zrobiłam, a niewiele otrzymałam. Trener bardzo to przeżywa, rodzice i rodzina tak samo. Serwismeni też się starają i przykro im, bo my wszyscy się staramy. To nie jest tak, że ja idę na piwo i odpuszczam sobie treningi. Wszystko przepracowałam wzorowo i to nie przez dwa miesiące, tylko przez trzy lata. Okazało się, że i tak niewiele to dało. Są lepsi. Po prostu.

A masz zamiar startować w przyszłym sezonie?

- Szczerze mówiąc, jeszcze nie podjęłam decyzji. Za tydzień mam start na 90 km, gdzie pobiegnę na samych rękach. Tego dnia, po tym starcie zostanie podjęta decyzja (śmiech).

Każdy chciałby się starzeć tak jak ty.

- Dziękuję panu.

Cały czas jesteś najlepsza w Polsce, więc chyba warto biegać, dopóki w kraju ktoś nie depcze po piętach?

- Jeśli o to chodzi, to mam do powiedzenia, w imieniu swoim i trenera, kilka przykrych słów. Jestem jedyną reprezentantką Polski na królewskim dystansie 30 km, a wśród mężczyzn nie mieliśmy też nikogo na 50 km. To jest bardzo przykre, to jest dla mnie wielka porażka! Nie wiem jak ci, którzy tu są z reprezentacji Polski, ale ja w ich wieku, gdy biegałam na nartach, to marzyłam tylko o wystąpieniu w królewskim dystansie, na igrzyskach olimpijskich. Oni mieli taką szansę i słyszę, że przygotowuję się do Pucharu Świata w Lahti. No Stiina Nilsson (Szwedka, która zdobyła dziś brąz - przyp. red.) też się przygotowuje do PŚ w Lahti. Wiem, że moi młodsi koledzy i koleżanki pewnie nie chcą rozczarowania, nie chcą słyszeć trudnych pytań od was, wysłuchiwać, że są w końcówce, ale to nie o to chodzi, że ktoś ci napisze "jesteś na wycieczce" czy inne pierdoły. Chodzi o to, żeby wystartować, zmierzyć się z rywalami i dystansem! Australijczycy startują, a Polacy nie mogą?! To jest dziwne.

Czyli nie chcemy się przemęczać?

- Jest tu taka Iranka Samaneh Beyrami Baher, która zwariowała na moim punkcie. Pytam się jej: "W czym startujesz?". Ona mówi: "No, ja jestem sprinterką!". Odpowiadam: "Aha, tylko sprinty?". Ona na to: "Wieszcz, co? Innych dystansów bym nie przebiegła" (śmiech).

W Pucharze Świata, w tym sezonie gdzieś wystartujesz?

- Raczej nie. Teraz jest Lahti, a później est 30 km, a z tego dzisiaj się wyleczyłam. Na pewno będę brała udział w mistrzostwach Polski w Jakuszycach i tam będę miała wiążące decyzje.

To pewnie nie będzie łatwe, byś za tydzień, po biegu na 90 km powiedziała sobie: "Kończę i tak z dnia na dzień żyję bez nart". Jesteś sobie w stanie wyobrazić takie życie? Koniec, nie idziesz na trening.

- Ale dlaczego miałabym nie pójść nawet po zakończeniu kariery? Mogę trenować do końca życia, bez konieczności startowania w biegach, w których nie otrzymuję tego, co powinnam.

Czyli najtrudniej jest się pogodzić z myślą, że wyniki już nie te, do których wszystkich przyzwyczaiłaś?

- Wszystkich, a przede wszystkim siebie. Jeśli praca wykonana została ta sama, wysiłek ten sam, a świat odjechał. Młodsza ani lepsza się nie stanę. Nie mam takiej mocy, by po pstryknięciu palcem wróciła dawna forma.

Naprawdę wszystkich metod treningowych spróbowaliście z trenerem?

- Wszystkich! Nawet robiliśmy interwały na wysokości dwóch tys. metrów nad poziomem morza, a "wyświeżona" jestem jak nigdy dotąd. No, jeszcze mogłabym zachorować. Ale po co? Wystarczająco miałam w karierze naturalnych chorób, więc dodatkowych nie potrzebuję. W życiu każdego przychodzi moment, w którym musisz sobie powiedzieć, że już lepiej nie będzie. Nie będę już szybsza o 40 sekund na 10 km. Mogę być jedynie wolniejsza.

Jak zapamiętasz te igrzyska? Co ci najbardziej zapadnie w pamięci?

- Najbardziej zapamiętam to, że dzisiaj się wreszcie wyspałam, bo poszłam do pokoju fizjoterapeuty biathlonowego, a biathloniści już wyjechali, więc było cichutko. Dzięki temu mogłam się w pierwszą noc odkąd jestem na igrzyskach wyspać się. Poza tym, te igrzyska były dla mnie emocjonalne, bo nie biegałam tak, jak bym chciała. Po drugie, było to pewnie moje pożegnanie z igrzyskami, a jestem człowiekiem emocjonalnym i to wszystko się we mnie kotłowało. Nie wiem co dalej. Zastanawiam się nad swoim dalszym życiem sportowym i to nie pozostaje bez wpływu na to wszystko, jak tu się układa. Mój telefon bez przerwy krzyczał mi o ekstremalnym zagrożeniu terrorystycznym, a ja byłam zamknięta na 10. piętrze (śmiech).

Czyli Pjongczang to były najtrudniejsze igrzyska w twojej karierze?

- Turyn był porównywalnie trudny, tylko się lepiej zakończył.

Widzisz światło w tunelu? Jakiś narybek?

- Widziałam trzy razy w życiu Elizę Rudzką. Nie chcę użyć zbyt mocnych słów, ale wygląda dobrze na nartach. Jej sposób biegania, walki, sylwetka - jest szczuplutka, niewysoka, czyli coś, co w biegach narciarskich teraz jest na czasie. Wydaje mi się, że jeśli będzie dobrze prowadzona, to będzie z niej pociecha. Jest tylko jeden warunek: teraz musi pójść o dwa poziomy wyżej, wyrwać się z polskiej filozofii, by pracować porządnie. Najbardziej osławiona polska młoda dziewczyna ma na imię Monika Skinder. Jest sprinterką. Musi popracować trochę nad swym ciałem, ma bardzo duże predyspozycje siłowo-koordynacyjne, co do sprintów ją predestynuje. Ale to są wszystko młode dziewczynki, które muszą ruszyć do przodu. Jestem ja i Sylwia Jaśkowiec, a poza tym jest przepaść. Nic i tamte młode. Może jak my z Sylwią skończymy, to będzie dla tej całej reszty, bo będą musiały się zmobilizować.

Czy twój trener Wierietielny byłby skłonny ponownie popracować ,choćby przez rok, z Sylwią?

- Rozmawialiśmy z trenerem o różnych wariantach. Nie wiem, co wam powiedziała Sylwia, ale ona też się zastanawia nad kontynuacją kariery, nie zawsze widzi w tym sens. To wszystko jest rozlazłe.

A trener będzie pracował, jeśli ty skończysz karierę?

- Ciężko być mi adwokatem trenera. Oczywiście znam jego myśli, ale nie wiem, czy mogę powtarzać.

Nie brakuje nam zatem kadry trenerskiej? Może powinniśmy zaimportować do młodszych zawodniczek nowego Wierietielnego? Na razie operujemy w dwóch nazwiskach młodych zawodniczek, to trochę mało.

- Są jeszcze bracia Dominik i Kamil Bury, ale ich widzieliście, więc ich nie wymieniam.

Sama nie wzięłabyś się za trenerkę, skoro tak dobrze analizujesz tę sytuację?

- W końcu doktoratu nie dali mi na piękne oczy (śmiech). Ci, którzy dobrze mnie znają, wiedzą, że nie nadają się na pracę trenerską, bo jestem zbyt wymagająca. Wymagam od siebie, od ludzi naokoło, jestem heterą po prostu, co tu dużo mówić! Hetery są dobre, ale ludzi o takim samym charakterze jak mój.

To może powinno się robić selekcję o wydolności i po charakterze?

- I później po astmie (śmiech).

Tego nie chcemy.

- Wiem, że w polskiej kadrze bardzo się tego żałuje, że trener Petrasek odszedł, choć tak naprawdę go wykolegowano. Żałują tego wszyscy, którzy z nim pracowali.

Marit Bjoergen wygrała z gigantyczną przewagą.

- Dwie minuty nad drugą? Czyli ja do podium miałam trzy minuty? To nie jest źle. Końcówkę Marti pewnie mogłaby biec z flagą, przewaga jej na to pozwalała. Bjoergen jest silna. To biegaczka wszech czasów! Co tu dużo mówić. Ma bardzo silne mięśnie, jest bardzo wytrzymała i wydolna, siłę ma wręcz męską.

To nie dziwne, że Marit zapowiedziała złoto i z lekkością je zdobyła? Odjechała rywalką jak chciała.

- A ja w tym czasie gdzieś tam cierpiałam z tyłu. Widocznie Norweżka czuła się pewnie fizycznie i narty jej dobrze jechały. Widziała wczoraj, w wyścigu mężczyzn, że taki numer może się udać i poszła. Jak po swoje.

Stadloeber pomyliła trasę. Niektórzy śmieją się i nazywają ją "nową Justyną".

- Dzisiaj za nią jechałam na zjeździe i pomyślałam sobie: "Oj! Jestem trochę jednak lepsza!" (śmiech).

Rozmawiał i notował w Alpensia Cross Country

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy