Reklama

Reklama

Pjongczang 2018

Pjongczang 2018. Justyna Kowalczyk ma zakłócony sen

Raj na ziemi, koreańskiej ziemi - tak można określić leżący tuż pod Pjongczangiem Alpensia Center, w którym wszystko jest malownicze, piękne i na wyciągnięcie ręki. W odległości kilkudziesięciu metrów spotkacie tu skoczków, biegaczy narciarskich i biathlonistów. Tam swe popisy dają liderzy reprezentacji Polski na IO Kamil Stoch i Justyna Kowalczyk.

Kamil Stoch przyjechał do Pjongczangu w roli dominatora, który wygrywa niemal wszystko w tym sezonie: Turniej Czterech Skoczni, Willingen Five i przewodzi w Pucharze Świata. Jeśli ktoś przekreśla "Królową Nart" z Kasiny Wielkiej, ten może się grubo pomylić. Góralka jest na czwartej olimpiadzie i teoretycznie najlepsze lata ma za sobą, ale swym doświadczeniem, mocą fizyczną i psychiczną ("To szalona dziewczyna" - powtarza jej trener Aleksander Wierietielny) potrafi przygotować szczyt formy na właściwy moment.

W ostatnim starcie w PŚ na 10 km Justyna pokazała się rywalkom, że jeszcze żyje, zajmując ósme miejsce, po czym zaszyła się w Kazachstanie. Mądrze, mogła tam w spokoju potrenować i jednocześnie zaadaptować się do azjatyckich stref czasowych. Od środy śmigała po trasie olimpijskiej w Pjongczangu.
  
- W porównaniu do startu w próbie przedolimpijskiej zmieniał się trochę trasa sprintu. Pierwszy podbieg został skrócony, ale ze skróconym podbiegiem to na dwoje babka wróżyła. Niby jest skrócony, ale też pierwszy zjazd jest nieco inny, wypłaszczony, jeszcze łatwiejszy - porównywała dzisiaj Justyna Kowalczyk.

Reklama

- Przed otwarciem igrzysk czuję się dobrze, jestem zdrowa, będziemy walczyć! Teraz muszę się skupić - zapowiadała i słowa zamienia w czyn, bo ostatnio nie odbiera telefonów, ma tylko jeden cel: jak najlepszy występ na IO.

"Królowa Nart" ani myśli o ulgowym traktowaniu którejkolwiek konkurencji.

- Każdy start w Pjongczangu to jest reprezentowanie swojego kraju. Tu nie ma miejsca na żadne "przepalenia", tu trzeba biegać i to ostro - mobilizuje siebie!

Justyna nie chciała się zgodzić z opinią, wyrażaną m.in. przez biathlonistki którym się śnieg wydawał wolny.

- Nie wiem, kto wam takich rzeczy naopowiadał. Moje narty dość dobrze, szybko jechały. Serwismeni spisali się na medal - zachwala zawodniczka z Kasiny Wielkiej. - Oczywiście, gdyby przyszedł deszcz, a po nim lód, to trasa zrobiłaby się jeszcze szybsza.

Trener Aleksander Wierietielny oznajmił zawodniczkom, że w sprincie drużynowym na pierwszej zmianie wystąpi Justyna, a później zmieni ją Sylwia Jaśkowiec.

- Jestem gotowa do każdego startu. Nie pobiegnę jedynie na 10 km stylem dowolnym - zaznacza. - Przerwa między zawodami jest na tyle duża, że nie będę musiała wybierać tych, na które się bardziej nastawiać. W każdym pobiegnę na sto procent.

Zagadnięta o warunki mieszkaniowe w Pjongczangu, "Królowa Nart" daleka była od cmokania z zachwytu.

- To jest wioska olimpijska, która zawsze jest swego rodzaju kompromisem. Nie jest to najlepsze z możliwych rozwiązań. Najważniejsze, że ja jestem zaaklimatyzowana, bo ostatnio byłam w Kazachstanie. Niestety, nie wszyscy są równie zaaklimatyzowani. I nie wszyscy chcą iść spać o godz. 22, ale może bliżej startów to się zmieni, będą bardziej zmobilizowani do tego, aby cisza była ciszą - ma nadzieję liderka polskich biegów narciarskich.

- W moim apartamencie są trzy panie z misji olimpijskiej i dziewczyny saneczkarki - dodała.

W olimpijskim starcie Justynę zobaczymy już w sobotę o godz. 8:15 polskiego czasu, gdy wystartuje w biegu łączonym 2x7,5 km.

Z Pjongczangu Michał Białoński