Reklama

Reklama

Pjongczang 2018

Pjongczang 2018. Dawid Kubacki: Horngacher zostanie. Kto go będzie bardziej wkurzał niż my?!

- Fakt, że byliśmy na trzecim miejscu ze sporą przewagą po pierwszej serii nie gwarantował nam medalu, bo konkurs trwa do ostatniego zawodnika, do przekroczenia przez niego linii upadku. Musieliśmy tę koncentrację utrzymać. Skoki są nieprzewidywalne, jeden element – upadek czy podpórka, a mogą zdarzyć się różne rzeczy – komentował zdobycie brązowego medalu w konkursie drużynowym nasz skoczek Dawid Kubacki.

- Fakt, że byliśmy na trzecim miejscu ze sporą przewagą po pierwszej serii nie gwarantował nam medalu, bo konkurs trwa do ostatniego zawodnika, do przekroczenia przez niego linii upadku. Musieliśmy tę koncentrację utrzymać. Skoki są nieprzewidywalne, jeden element – upadek czy podpórka, a mogą zdarzyć się różne rzeczy  – komentował zdobycie brązowego medalu w konkursie drużynowym nasz skoczek Dawid Kubacki.

Michał Białoński, eurosport.interia.pl: Nie masz wrażenia, że uratowaliście Polsce te igrzyska, zdobywając dwa medale?

Dawid Kubacki: Wydaje mi się, że już przed wyjazdem na nie byliśmy typowani w kraju, przez was, na największych faworytów do medali. Taka była tendencja, prawda? Ale my też pracowaliśmy na to, aby marzenie nasze i wasze spełnić. Teraz cieszymy się z tego, że wykonaliśmy zadanie.

Czy trener Hornagcher dał wam zapewnienie, że zostanie z wami po sezonie? Na razie nie ma nowej umowy.

- Nie doszukiwałbym się tu zagrożenia. Myślę, że to formalność. Tak naprawdę, kwestia złożenia samego podpisu. Gdzie będzie mu tak dobrze jak z nami? Kto go będzie tak dobrze wkurzał jak my (śmiech)? Wydaje mi się, że pokazaliśmy wspólnie, że ta współpraca nam wychodzi, układ między nami jest dobry. Ale to, co będzie chciał zrobić Stefan Horngacher czy związek, to już nie jest moja kwestia. Ja tu jestem tylko od "rypania łopatą".

Reklama

Masz 27 lat i zdobyty medal igrzysk olimpijskich. Wysoko sobie postawiłeś poprzeczkę przed kolejnymi!

- To moje drugie igrzyska, a ten medal jest wisienką na torcie, mimo że przyjechałem tutaj z zamiarem walki o medale również w indywidualnym konkursie. Za pierwszym razem konkurs poukładał się nieszczęśliwie, a za drugim skok finałowy nie do końca mi wyszedł, trudno. Walczyłem jednak do końca i koniec końców wyjeżdżam z medalem olimpijskim. To jest spełnienie marzeń. Coś, na co pracuje się całe życie! Nie da się tego opisać na gorąco swoimi słowami. To coś wspaniałego!

Ale w "drużynówce" skakałeś tak, że pewnie żałujesz, iż nie ma jeszcze jednego konkursu?

- Mogłyby być nawet jeszcze trzy! Może rozkręciłbym się na tyle, że do pierwszego miejsca bym dobił.

Byłeś zawiedziony, gdy po drugim skoku Kamila Stocha wyskoczyła "dwójka", a nie "jedynka" oznaczająca wyprzedzenie Niemców?

- Troszkę tak, bo liczyliśmy srebrny medal po skoku Kamila. Nie wyświetliła się jednak "jedynka", więc cieszymy się z brązowego medalu. To też jest dla nas duży sukces. Zwłaszcza, że to nie jest coś, co się nam przypadkiem trafiło, tylko walczyliśmy do końca i pokazaliśmy ducha sportowej walki. Po pierwszej serii mieściliśmy się w bodaj trzech albo pięciu punktach z Niemcami i Norwegami. Walka była zacięta, z pewnością podobała się kibicom. Konkurs był emocjonujący, w nas też buchały emocje. Był to po prostu świetny konkurs. Cieszę się, że mogłem w nim startować!

Zamiar walki o medal mieliśmy cały czas, natomiast sam fakt, że byliśmy na trzecim miejscu, ze sporą przewagą po pierwszej serii nic nie zmieniał, bo konkurs trwa do ostatniego zawodnika, do przekroczenia przez niego linii upadku. Musieliśmy tę koncentrację utrzymać. Skoki są nieprzewidywalne, jeden element - upadek albo podpórka, a mogą się różne rzeczy zdarzyć. Losy konkursu odwracają się diametralnie, więc nawet mając tak dużą przewagę musielibyśmy być skoncentrowani i walczyć do końca.

Tym razem nie tylko Ząb Kamila Stocha będzie świętował, ale też twoje Szaflary?

- Szaflary świętowały już po mistrzostwach świata. Teraz będzie większe świętowanie nie tylko w Szaflarach, ale i w całym kraju!

Norwegowie byli poza zasięgiem?

- Długo się ich trzymaliśmy, po I serii traciliśmy do nich tylko trzy albo pięć punktów. Na początku zaczęli odjeżdżać, ale później zbliżyliśmy się do nich i czuli nasz oddech na plecach. Oczywiście, pokazali swoją klasę. Pogratulowaliśmy im zresztą, bo wykonali kawał świetnej roboty.

Nie odpoczniecie długo, bo już za niespełna dwa tygodnie wystartujecie w Pucharze Świata. Trudno będzie przestawić się z wyjątkowej atmosfery igrzysk na tę bardziej powszednią PŚ?

- Nie, bo do Pucharu Świata jesteśmy bardziej przyzwyczajeni. Będąc na IO, człowiek się nudzi, nie ma co robić. A tam jest tylko "ryp, ryp!", konkurs za konkursem i jedziemy dalej! Na brak kibiców na igrzyskach nie mogliśmy narzekać, bo niektórzy przyjechali nawet z Polski. Byli tacy, jak moja narzeczona, którzy to zrobili bardzo niespodziewanie. To była dla mnie największa niespodzianka na tych igrzyskach. Dowiedziałem się o tym dopiero wtedy, gdy wsiadała do samolotu. Nie mieściło mi się to w głowie, nie chciałem jej za bardzo uwierzyć. W końcu, gdy ją tu zobaczyłem, musiałem w końcu uwierzyć.

Co będziesz chciał zobaczyć jeszcze na IO? Aby chłonąć te igrzyska, a nie tylko treningi i zawody.

- Na pewno ceremonię medalową, odebrać medal i trochę się nim pocieszyć. Mamy różne plany, aby przejść się na big aira, mamy tu wstęp. Chcemy też wybrać się na mecz hokejowy, ale są problemy z biletami, a nie mamy wstępu na imprezy przeprowadzane w halach. Pasowałoby mi choć raz wybrać się na mecz hokejowy. Jestem z Nowego Targu, a jeszcze w życiu nie byłem (śmiech).

Rozmawiał i notował w Alpensia Ski Jumping Arena Michał Białoński

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL