Reklama

Reklama

Piłkarskie legendy Orłów

Piłkarskie Legendy Orłów. Władysław Szczepaniak – sylwetka

Zagrał w ostatnim meczu reprezentacji Polski przed wybuchem II wojny światowej. Jako jeden z trzech piłkarzy wystąpił też w pierwszym powojennym spotkaniu. Był kapitanem w słynnym meczu z Brazylią na mistrzostwach świata w 1938 roku. Z Polonią Warszawa, z którą był związany przez całą karierę, zdobył mistrzostwo Polski w 1946 roku, gdy stolica Polski była zawalona gruzami.

Gdy kończył reprezentacyjną karierę miał 37 lat. Polska grała ze Szwecją we wrześniu 1947 roku, przegrała 4-5. Jego rekord pobił dopiero Jerzy Dudek w 2013 roku w rozegranym w Krakowie meczu z Liechtensteinem. Nawet jednak Dudek, gwiazda Liverpoolu, piłkarz Realu Madryt, zdobywca Ligi Mistrzów, nie otrzymywał takich dziękczynnych listów od kibiców. "Jaśnie Wielmożny Panie Szczepaniak. Błagam, proszę Pana, niech Pan nie kończy kariery" - cytuje jeden z takich listów historyk z Uniwersytetu Warszawskiego dr Robert Gawkowski. 

Szczepaniak, tyś warszawski cwaniak

Reklama

Warszawiak z urodzenia, rocznik 1910. Do końca życia związany ze stolicą. "Szczepaniak, Szczepaniak, tyś warszawski cwaniak" - śpiewali o nim kibice. Pochodził z rodziny robotniczej. Mieszkał w okolicach placu Zbawiciela, przy ulicy Mokotowskiej. Jako dziecko w pobliskim Kościele Najświętszego Zbawiciela służył do mszy. Rozpierała go jednak energia. Bawił się piłką, oglądał mecze.

Pierwsze spotkania piłkarskie rozgrywał na pobliskich Polach Mokotowskich i na Agrykoli. Tam też zaczął poważnie grać w piłkę. Młodego, zdolnego piłkarza podczas gier podwórkowych wypatrzyli trenerzy i zaprosili na treningi do najbardziej popularnego warszawskiego klubu przed wojną - Polonii Warszawa.

Z zespołem "Czarnych Koszul" związał się w 1926 roku. Na zawsze. Rok później grał już w pierwszej drużynie. W barwach Polonii grał do 1948 roku, z wyrwą powstałą na skutek wojny. Grę łączył z pracą. Trenował dwa, trzy razy w tygodniu plus mecz raz na tydzień albo w klubie albo w reprezentacji. Romantyczne czasy piłki nożnej.

Techniki wyuczył się na klatce schodowej i na podwórku

Był głównie obrońcą zazwyczaj grywał na prawej stronie albo pomocnikiem, w początkach kariery brylował w ataku. Lubił kreować grę. Wyborny technik. Radził sobie na boisku w każdych warunkach.

- Trenował najpierw na klatce schodowej swojego mieszkania przy Mokotowskiej. Jak uderzył przypadkowo w drzwi to sąsiadka robiła awanturę, nieraz go biła. Starał się nie trafiać w drzwi, ale dla świętego spokoju przeniósł się na podwórko. Tam miał dwumetrowy mur i jeżeli uderzył centymetr za wysoko, piłka wylatywała za ogrodzenie. Żeby nie przechodzić po drabinie na drugą stronę, nauczył się więc tak kopać, żeby piłka nie wylatywała za ogrodzenie. Dlatego Władziu tak celnie uderzał. Jego popisową sztuczką było uderzenie zewnętrzną częścią stopą. Schodził do środka boiska i strzelał w ten sposób albo podawał. Wyćwiczył tę umiejętność na podwórku - wspomina w rozmowie z Interią Jerzy Piekarzewski.

Ta precyzja została mu do końca kariery i po jej zakończeniu. - Kiedy byłem młody i chodziłem na Polonię pomagać trenerom Władziu prosił mnie o to, żebym wieszał na bramce chusteczkę, raz na środku, raz z boku, ale żeby ta chusteczka w bramce wisiała. Władziu kopał i prawie zawsze trafiał w tę chusteczkę - opowiada Piekarzewski.

Czysto indywidualne możliwości Szczepaniaka potwierdził rozegrany na Stadionie Wojska Polskiego przed wojną konkurs na najdalszy wykop piłki. Wygrał Szczepaniak przed innym zawodnikiem Polonii Zdzisławem Gierwatowskim i przedwojennym kapitanem Legii Henrykiem Martyną. Podobno także nikt nie był w stanie dłużej podbijać piłki niż Szczepaniak w popularnej grze "Zośka". Panowanie nad piłką miał doskonałe. - Nie patrzył na piłkę, tak jak kierowca nie patrzy na sprzęgło, gdy zmienia bieg. Dzięki temu przyśpieszał akcje - mówi Piekarzewski.

Przez blisko 17 lat w kadrze!

Od 1930 do 1947 roku wystąpił w 34 spotkaniach reprezentacji Polski. I znów powraca pytanie. Co by było gdyby nie wojna? Pewnie pobiłby ówczesny rekord występów. Selekcjonerzy mu ufali, dla kibiców był idolem.

Zadebiutował w meczu ze Szwecją w Sztokholmie. Miał zaledwie 20 lat. Polska wygrała 3-0. Szczepaniak zagrał obok dwóch innych graczy Polonii (Jerzego Bułanowa i Bronisława Seichtera.) "bezkonkurencyjnej dziś w Polsce pod względem ambicji i ofiarności" jak pisały ówczesne gazety. Na pożegnanie również zagrał ze Szwecją, w przegranym 4-5 spotkaniu z września 1947 roku. Pierwszy i ostatni mecz w kadrze Szczepaniaka dzieliło 16 lat i 355 dni. Dłuższą karierę reprezentacyjną - o kilkadziesiąt dni - miał tylko Włodzimierz Lubański.

- Pamiętam występy przedwojenne Szczepaniaka jak przez mgłę - wspomina piłkarza Polonii jej wielki kibic i autor wielu książek o Powstaniu Warszawskim oraz okupacyjnej piłce nożnej 92-letni dziś Juliusz Kulesza. - Widziałem na pewno mecz reprezentacji z Węgrami na Stadionie Wojska Polskiego w ostatnią niedzielę przed wybuchem II wojny światowej. Wtedy Szczepaniak był wystawiony chyba jeden jedyny raz na lewą obronę, bo to był niezwykle wszechstronny piłkarz, grał w ataku, na lewym i prawym skrzydle, kończył jako obrońca - dodaje.

Z opaską na igrzyskach i na mistrzostwach

W reprezentacji Polski w aż 18 meczach, czyli w więcej niż połowie przez siebie rozegranych, był kapitanem. Działo się to w czasach, kiedy grało się po kilka spotkań w roku.

Szczepaniak był kapitanem reprezentacji w czasie igrzysk olimpijskich w Berlinie. Polska o mały włos nie zdobyła medalu. Z opaską kapitana wystąpił również w słynnym spotkaniu z Brazylią na mistrzostwach świat we Francji w 1938 roku. W Strasburgu Polska przegrała 5-6, cztery gole dla "Biało-Czerwonych" strzelił Ernest Wilimowski.

Bohaterem spotkania u rywali był Leonidas, którzy zaliczył hat-tricka. Grał boso, bo na mokrym boisku miał dość nasiąkniętych wodą i ciężkich butów. Naprzeciw niego grał właśnie Szczepaniak. Zdzisław Sosnowski, były piłkarz Polonii z tamtych czasów wspominał niedawno, że rozmawiał po wojnie z Edwardem Madejskim, bramkarzem reprezentacji z meczu z Brazylią. Chodziło o Szczepaniaka. Madejski miał powiedzieć, że przy jednej z bramek Leonidasa kapitan kadry nie trafił w piłkę, "obciął się". Zresztą podobny błąd popełnił w decydującym o mistrzostwie Polski meczu Polonii z AKS Chorzów w 1946 roku, przez co rezerwowy Sosnowski puścił gola. Świetny technicznie, ale czasami za wolny wspominali byli piłkarze.

Drużyna z gruzów mistrzem Polski

W karierze Szczepaniaka rok 1946 był równie ważny jak 1936 i 1938. Ale karierze klubowej, nie reprezentacyjnej. Polonia Warszawa, klub z miasta, które najwięcej ucierpiało podczas II wojny światowej i leżało w zgliszczach, zdobywa mistrzostwo kraju. Pierwszy powojenny tytuł. Najdumniejszy i najbardziej romantyczny tytuł w historii polskiej piłki nożnej.

Polonia nie miała stadionu. Piłkarze buty i stroje piłkarskie zdobywali cudem. Klub zaczął już odczuwać niechęć komunistycznych władz, co zaciąży na historii "Czarnych Koszul" przez następne pół wieku, a tak naprawdę do dziś. Wspomniany Juliusz Kulesza opowiada, że nigdy w życiu na finałowym meczu mistrzostw z AKS Chorzów, nie widział na trybunach "tylu osób bez kończyn", ofiar wojny, okaleczonych przez najeźdźców, byłych więźniów obozów koncentracyjnych. Ten mecz obejrzało na stadionie Legii ponad 20 tys. widzów. Kilka tysięcy czekało pod stadionem.

"Drużyna z gruzów, drużyna z gruzów mistrzem - płakał Szczepaniak w szatni po ostatnim meczu sezonu 1946 według relacji "Przeglądu Sportowego". "Polonia zdobyła mistrzostwo Polski. Zdobyła je w chwili, kiedy wydawało się to najmniej prawdopodobne. Bo czy jest rzeczą zrozumiałą, że właśnie klub Warszawy, miasta, które prowadzi znojny i twardy żywot w najtrudniejszych warunkach wysuwa się na czoło polskiego piłkarstwa, dystansując ośrodki mające znacznie korzystniejsze możliwości?" - pisała ta sama gazeta.

"Inne kluby miały boisko - Polonia tułała się bezdomna; inne kluby trenowali trenerzy zagraniczni - Polonia trenowała "systemem Marcina": starsi zawodnicy trenowali młodszych; inne kluby spotykały się z poparciem - Polonia z szykanami. A przecież zwyciężyła" - skomentował ten wyczyn znany dziennikarz Stanisław Mielech.

W nagrodę za mistrzostwo Polski piłkarze Polonii dostali złote sygnety od najbardziej znanego ówczesnego złotnika. Wszyscy, prócz Szczepaniaka. Właśnie urodziły mu się trojaczki. Poprosił o szafę zamiast sygnetu. Dostał szafę, a kibice zrzucili się jeszcze na małe szafki, które dołożyli mu do głównego prezentu.

Trener z Pucharem Polski

Po zakończeniu kariery w 1948 roku Szczepaniak trenował Gwardię, Polonię. W 1952 jako szkoleniowiec sięgnął z "Czarnymi Koszulami" po ostatnie trofeum przed 2000 rokiem - Puchar Polski. W finale poloniści ograli Legię na jej stadionie, ale wcześniej spadli z 1. ligi na 41 lat. W piłkę, ale bez większych sukcesów, grali jego synowie.

Zmarł 6 maja 1979 roku w wieku 69 lat po amputacji nogi. Spoczywa na Cmentarzu Bródnowskim w Warszawie.

Olgierd Kwiatkowski