Reklama

Reklama

Piłkarskie legendy Orłów

Piłkarskie legendy Orłów. Ryszard Tarasiewicz - sylwetka

Futbolu nie traktuje jak sprawy życia i śmierci. To dla niego coś znacznie poważniejszego. Mógłby wygrać wszystkie mecze w sezonie, a i tak czułby pewnie jakiś niedosyt. Nigdy nie szuka ciepłych kapci i bujanego fotela. On cały czas idzie na wojnę!

I na tym można by w zasadzie zakończyć opowieść o Ryszardzie Tarasiewiczu. Pięć zdań, które mówią o nim wszystko. Taki był przez całą karierę jako piłkarz i taki jest dzisiaj jako trener.

Dziecko Wrocławia

Reklama

Lead niniejszego tekstu to w całości cytat. W tak niezwykle barwny sposób wypowiedział się swego czasu wieloletni masażysta Śląska Wrocław, Jarosław Szandrocho. Z jego opinią zgadza się każdy, komu Tarasiewicz pozwolił się bliżej poznać. Nie szkodzi, że nigdy nie wdarł się na futbolowy Olimp. I bez tego pozostaje jedną z najbardziej intrygujących postaci polskiej piłki kilku ostatnich dekad.     

Nazywany jest "dzieckiem Wrocławia". W tym mieście się urodził, tu się wychował i tu został piłkarzem. Śląsk to jedyny polski zespół, którego barwy reprezentował jako zawodnik. Zdobył z nim Puchar i Superpuchar Polski. W latach 1979-89 rozegrał dla niego na wszystkich frontach 236 meczów i zdobył 65 bramek (trzeci najskuteczniejszy snajper w historii klubu). Jak na środkowego pomocnika - dorobek doprawdy znakomity.

Miał być jak Ferguson

Przez pięć lat, w dwóch podejściach, prowadził wrocławian w roli szkoleniowca. To on w 2008 roku awansował z nimi do Ekstraklasy. Grają w niej nieprzerwanie do dzisiaj.

Kibice Śląska wierzyli wówczas, że "Taraś" będzie jak sir Alex Ferguson w Manchesterze United i zostanie w klubie "na zawsze". Dwa lata po awansie został jednak zwolniony w kuriozalny sposób. Kiedy przed ligowym meczem w Kielcach zalecił piłkarzom drzemkę, pod hotel podjechał samochód i poproszono go do środka. Po paru chwilach wysiadł z pojazdu już jako bezrobotny.  

- Wdzięczność jest cechą psów - tak tłumaczył później sposób, w jaki się z nim rozstano.

Zdrajcy jeździli polonezem

Bolało go długo. Ale dzisiaj nie trzyma zadry w sercu. Nie wyklucza powrotu do wrocławskiego klubu, jeśli pojawi się taka propozycja. Twierdzi, że rodzinie się nie odmawia. Kieruje nim sentyment o sile, której nawet nie próbuje poskromić.   

Zapytany o największe rozczarowanie, wraca jednak do czasów zawodniczych. A konkretnie do roku 1982. W ostatniej kolejce sezonu Śląsk podejmował u siebie Wisłę Kraków...

- Brakowało nam kilkunastu minut do tytułu mistrz Polski - opowiada. - Zostałem zdjęty z boiska i byłem tym mocno zdziwiony. Dzisiaj już wiemy, że mecz toczył się w "dziwnych" okolicznościach. Dla mnie to było upokarzające. Chciałem po prostu wyjść na boisko i wygrać. Ale nie wszyscy chcieli. Potem kupili sobie poloneza albo ładę. Ale miejsce w historii stracili na zawsze.

Modlitwa o cud

Prawy, uczciwy, religijny - taki był od najmłodszych lat. Nie wszyscy znają go od tej strony. Nie zamierzał tym epatować, ale też nigdy się tego nie wstydził. Kiedy jako młodzieniec borykał się z nawracającymi kłopotami zdrowotnych, pomocy szukał na kolanach przed ołtarzem.

- To było zaraz na początku lat 80. - przypomina sobie. - Cały czas coś mi dolegało. Późno się rozwinąłem, w rok urosłem 10 cm i przytyłem prawie 10 kg. To nie najlepiej wpłynęło na moje stawy. Chodziłem do kościoła i modliłem się. Prosiłem, żeby mnie przestało boleć. Miałem problemy, żeby uklęknąć, ale klękałem. I któregoś dnia... puściło. Wyszedłem z kościoła i po kilkunastu minutach ból ustąpił. Nie wierzę w przypadki. To musiało przyjść z góry.