Reklama

Reklama

Piłkarskie legendy Orłów

Piłkarskie legendy Orłów. Kazimierz Deyna - sylwetka

Prawdziwa euforia wybuchła jednak nad Wisłą dwa lata później. Podopieczni Kazimierza Górskiego na niemieckie mistrzostwa świata nie jechali w roli hegemonów. I może właśnie dlatego im się udało - zostali trzecią drużyną globu. 

Reklama

Johan, Franz, Kazimierz...

"Kaka" był wielki jak nigdy wcześniej i nigdy potem. Jako centralna postać tamtej ekipy rządził niepodzielnie. Francuscy dziennikarze w uniesieniu nazwali go "Generałem". Został okrzyknięty trzecim graczem turnieju, tuż za takimi sławami jak Johan Cruyff i Franz Beckenbauer. W plebiscycie "France Football" na najlepszego piłkarza Europy kolejność była identyczna.

Polskiego lidera chciało mieć wtedy u siebie kilka czołowych klubów Starego Kontynentu - na czele z Realem Madryt, Bayernem Monachium, Interem Mediolan i Milanem. Z uwagi na uwarunkowania polityczne kończyło się zawsze tylko na wstępnej fazie rozmów.  

Kapitanował drużynie narodowej również w dwóch kolejnych wielkich imprezach. Igrzyska w Montrealu w 1976 roku zakończyły się dla zespołu Górskiego srebrnym medalem, co w kraju uznano za porażkę. Ale już pod wodzą nowego selekcjonera, Jacka Gmocha, Polacy mieli zostać mistrzami świata dwa lata później. Chociaż Deyna powoli myślał o zakończeniu przygody z reprezentacją, wciąż był w niej niezastąpiony.

"Kazek, wal gdzie popadnie"

Z trenerami żył dobrze. Przez całą dekadę gry w reprezentacji doszło w zasadzie tylko do jednego incydentu z jego udziałem. I to na gruncie półformalnym.

- Pewnego razu zgrupowanie kadry odbywało się w podwarszawskim Rembertowie - wspominał swego czasu kompan Deyny z reprezentacji, Grzegorz Lato. - Nie wiem, jakim cudem na jednym z treningów znalazły się rękawice bokserskie. Kaziu i ówczesny selekcjoner, Jacek Gmoch, założyli je, żeby popróbować się trochę dla żartu. Całe towarzystwo zebrało się dookoła nich, od razu zrobiła się atmosfera i zaczęły się dogadywanki. Janek Tomaszewski podpowiadał najgoręcej: "Kazek, wal gdzie popadnie i tak trafisz w szczękę". Kaziu zamachnął się dwa razy i.. trafił tam, gdzie musiał. Od razu się zakotłowało. Musieliśmy wkroczyć do akcji i rozdzielić obu bokserów. Trener nie był w stanie skontrować, Kaziu okazał się jednak lepszy technicznie. Cichych dni potem nie było. Po jakimś czasie selekcjoner śmiał się razem z nami.

Setka nieprawdziwa

Bilety na mistrzostwa świata w Argentynie (1978) zapewnił nam remis z Portugalią, uzyskany po bramce Deyny z... rzutu rożnego. Do dzisiaj pamięta się, że mimo spektakularnego trafienia legionista został przez publikę Stadionu Śląskiego wygwizdany. Ten incydent być może poszedłby w niepamięć, gdyby nasi na mundialu zaszaleli. Ale stało się inaczej - zawiedli. Zawiódł też Deyna.

W meczu z gospodarzami, który wtedy uważano za jego setny występ w kadrze (w późniejszych latach zweryfikowano oficjalny rejestr gier), nie wykorzystał rzutu karnego. Turniejowe potyczki z Peru i Brazylią były jego ostatnimi chwilami w reprezentacji. Miał 30 lat.