Reklama

Reklama

Piłkarskie legendy Orłów

Piłkarskie legendy Orłów. Jerzy Gorgoń. Obrońca nie do przejścia

Kazimierz Górski wspominał, że niektórzy rywale zwyczajnie się bali przeciw niemu grać. W obronie każdej drużyny czy to klubowej, czy reprezentacyjnej stanowił zaporę nie do przejścia. Bez Jerzego Gorgonia trudno sobie wyobrazić kadrę Polski, która sięgnęła po złoty i srebrny medal olimpijski, a na mistrzostwach świata w 1974 roku zajęła trzecie miejsce.


Reklama

Po legendarnym meczu na Wembley w 1973 roku, który otworzył polskiej reprezentacji wrota na mundial w RFN, Anglicy nadali mu pseudonim "The Telephone Booth". W czerwonej koszulce, wysoki i potężnie zbudowany Jerzy Gorgoń przypominał ich zdaniem budkę telefoniczną. Sam piłkarz wielokrotnie zastanawiał się czy to komplement, czy typowa angielska złośliwość. Czy porównanie do budki miało oznaczać statyczną grę? A może - i ta odpowiedź jest chyba bliższa prawda - że był tak wielki, że zagrodził Anglikom drogę do bramki. Na Gorgonia koledzy mówili "Długi" i "Wielka Biała Góra". Po wyjeździe do Szwajcarii na zakończenie kariery 55-krotny reprezentant Polski szczególnie polubił to drugie określenie. Jego zdaniem nawiązywało do Matterhorn, wielkiego i charakterystycznego zawsze ośnieżonego szczytu w Alpach. - Jak ja jest nie do przejścia - mówił Gorgoń.

Wysoki, skoczny, zwinny, niezwykle sprawny. Grał w jednym z dwóch najlepszych polskich klubów przełomu lat 60. i 70. XX wieku. Klubu liczącego się w Europie. Za jego czasów Polska miała jeden z najsilniejszych zespołów narodowych. Idealny kandydat na światowej klasy obrońcę. I takim był. Dorównywał najlepszym, najlepsi mieli z nim problemy. Dziś można tylko się spierać. Gorgoń, Żmuda, a może Glik? Kto z tej trójki był najlepszym środkowym obrońcą w historii polskiej reprezentacji. W ubiegłym roku do "jedenastki stulecia" PZPN-u wybrani zostali Gorgoń i Żmuda. To w takim razie, który z tej dwójki? To pewne spór nie do rozstrzygnięcia. Ale na tytuł "Legendy Orłów" zasłużył bezdyskusyjnie.

W Wielkim Górniku

Pierwsze 31 lat życia spędził w Zabrzu, swoim rodzinnym mieście. Pochodzi z dzielnicy Mikulczyce, gdzie godzinami uganiał się za piłką. Dom, szkoła, tramwaj numer 3, który dojeżdżał do szkoły. - Nazywaliśmy go koliba, bo chybotał się na szynach, które były dopiero położone - mówił. Do Zabrza wraca co rok, odwiedza stadion Górnika - nowoczesny, z pięknymi trybunami, ale z dużo gorszą drużyną niż za jego czasów. W seniorskiej karierze grał tylko w dwóch klubach - Górniku Zabrze i w Sankt-Gallen. Tylko z Górnikiem zdobywał trofea.

Pierwszym osiągnięciem było mistrzostwo Polski juniorów. Wywalczył je w 1967 roku. Wtedy jeszcze nie wiedział czy będzie piłkarzem, czy koszykarzem. Równocześnie uprawiał koszykówkę. Miał wzrost, był skoczny, świetnie nadawał się do tej dyscypliny. Piłkarski Górnik był najlepszą drużyną w kraju. Od 1957 roku niemal co rok zdobywał mistrzostwo Polski. Ernest Pohl, Stanisław Oślizło, Zygfryd Szołtysik, Stefan Florenski, Hubert Kostka, Włodzimierz Lubański - to był polski Dream Team. W 1968 roku Gorgoń zadebiutował w pierwszej drużynie Górnika. Był rezerwowym, zmiennikiem Szołtysika. Wkrótce stał się kluczowym graczem.

Zanim zdobył pierwsze trofeum klubowe w kraju błysnął na arenie międzynarodowej. W 1970 roku Górnik zagrał w finale Pucharu Zdobywców Pucharów. W drodze do finału na Praterze w Wiedniu zabrzanie toczyli heroiczne boje z Romą. W rewanżu w Chorzowie do ostatnich minut przegrywali. Odważna szarża Gorgonia w pole karne Romy dała Górnikowi rzut karny, który wykorzystał Włodzimierz Lubański. W finale nie udało się jednak pokonać Manchesteru City.

Z Górnikiem Gorgoń dwukrotnie zdobył mistrzostwo Polski, pięciokrotnie sięgnął po Puchar Polski, ale też - zupełnie niespodziewanie - spadł z nim z ligi, by wrócić rok później. W barwach zabrzańskiej drużyny rozegrał 304 mecze, strzelił 27 goli. Jest dziś Honorowym Ambasadorem Górnika.

Takich osiągnięć w Szwajcarii nie miał. Do Sankt-Gallen pojechał w wieku 30 lat, by dorobić, na piłkarską emeryturę, W ówczesnej Polsce piłkarze wyjeżdżali za specjalną zgodą komunistycznych władz, co najmniej po ukończeniu 28 roku życia.

Nie było przeproś...

W książce "Alfabet pana Kazimierza" legendarny trener reprezentacji Kazimierz Górski pisał o Gorgoniu: " Uważam, że był to jeden z lepszych środkowych obrońców w Europie. Warunki fizyczne miał wspaniałe, a przy tym był bardzo sprawny i szybki. Wygrywał wiele pojedynków, także biegowych, przede wszystkim głową, ze względu na wzrost. W szczytowym okresie kariery był nie do pokonania, nie do przejścia. Bardzo mocny punkt reprezentacji. Odniósł z nią wiele sukcesów. Walory fizyczne i umiejętne ich wykorzystywanie zniechęcały zdecydowaną większość rywali. A niektórzy, tak przypuszczam, to zwyczajnie się go bali... i wcale im się nie dziwię, bo jak taki "olbrzym" ruszył i się rozpędził, to nie było przeproś..."

W reprezentacji obrońca Górnika zdążył zadebiutować jeszcze u Ryszarda Koncewicza z Irlandią (0-2) we wrześniu 1970 roku. Miał zaledwie 21 lat. Nie opuścił kadry na długie lata. Nie ominął go żaden z wielkich turniejów lat 70. - igrzyska olimpijskie w Monachium i Montrealu, mistrzostwa świata w RFN i Argentynie. Był ostoją kadry narodowej za czasów Kazimierza Górskiego i Jacka Gmocha. 55 meczów i sześć strzelonych goli, trzy medale na wielkich turniejach.

Dowiedz się więcej na temat: Jerzy Gorgoń | Górnik Zabrze | Legendy Orłów