Reklama

Reklama

Piłkarskie legendy Orłów

Piłkarskie legendy Orłów. Ernest Pohl - sylwetka

Ernest Pohl strzelił 186 goli w Ekstraklasie i choć jego rekord liczy już pół wieku, to nie zanosi się, aby ktokolwiek miałby go pobić. Dziś niewielu kibiców piłki pamięta o skromnym chłopaku z Rudy Śląskiej, choć zawodnikiem był genialnym. Globalną gwiazdą nie został tylko dlatego, że nie pozwoliła mu na to polityka. To były zupełnie inne czasy.

Historia Ernesta Pohla pełna jest wspaniałych zwycięstw, ale także goryczy. Sam doskonale zdawał sobie sprawę, że urodził się za wcześnie. Kilka dekad później zostałby światową gwiazdą futbolu, a przy tym krezusem i nie musiałby na stare lata opuszczać ojczyzny.

Został królem strzelców w pierwszym sezonie w Legii

Był dzieckiem swoich czasów. Urodził się zaledwie 14 lat po zaborach, a gdy miał siedem lat, wybuchła druga wojna światowa. Jego ojciec chorował i w domu się nie przelewało, ale mały Ernest miał w głowie tylko piłkę.

Zaczął grać w Slavii Ruda Śląska, a gdy upomniała się o niego armia, w wieku 20 lat trafił do łódzkiego Orła. Talent chłopaka dostrzeżono i szybko przeniesiono go do CWKS-u Warszawa, który budowano, aby stał się najlepszym klubem w kraju.

Reklama

Nie miał łatwo po przyjściu do Legii, ale był silny psychicznie i robił swoje. Efekty przyszły błyskawicznie - już w pierwszym sezonie zdobył 13 bramek i został królem strzelców ligi, a w kolejnych dwóch sezonach sięgał z Legią po dublet - mistrzostwo i Puchar Polski. W 1956 roku strzelił pięć bramek Wiśle Kraków, która poniosła klęskę 0-12.

Tęsknił za bliskimi, za Śląskiem i gdy nadarzyła się okazja, wrócił w rodzinne strony, gdzie nieopodal właśnie rodził się Górnik Zabrze. Wielki Górnik, bo począwszy od 1957 przez 16 sezonów nie schodził z podium.

Ogromny udział w sukcesach zabrzan miał Pohl, który musiał grać pod zmienionym nazwiskiem. Jego wyglądało na zbyt niemieckie, więc władze usunęły z niego literkę "h". Komuniści wytarli ją w dokumentach, ale nie z pamięci Ernesta. Odzyskał ją dopiero w 1990 roku.

Klubowy rekord

Pohl napędzał Górnika nie tylko golami. Nie zadzierał nosa, nie mówił dużo, ale miał charyzmę, która nie zostawiała wątpliwości, kto jest liderem. "Piłkarski artysta i nasz przewodnik" - tak scharakteryzował go inny wielki piłkarz - Stanisław Oślizło w dokumencie "Ostatni mecz Ernesta Pohla".

Po przejściu do Górnika w jedenastu sezonach Ernest wywalczył osiem tytułów mistrza Polski i kolejne dwa tytuły króla strzelców.

Był jednym z najlepszych technicznie zawodników, a przy tym grał ostro i był fenomenalnym strzelcem. Kapitalnie operował piłką, słynął z no-look pass (podanie bez patrzenia na zawodnika, do którego zagrywana jest piłka). Kreował grę, a jednocześnie miał instynkt snajpera i piekielnie mocny strzał. 

Podczas igrzysk w Rzymie w 1960 roku strzelił pięć goli w wygranym 6-1 meczu z Tunezją. W spotkaniu z Cracovią zdobył sześć bramek, co jest klubowym rekordem Górnika, a w sumie zaliczył 11 hat-tricków. Ma imponujący bilans w reprezentacji Polski - 39 goli w 46 meczach.

Powinien zresztą grać w niej dłużej, ale ówczesny selekcjoner - Ryszard Koncewicz odsunął go od drużyny, choć Pohl wciąż nie miał w Polsce konkurencji na swojej pozycji. Poszło o piwo.

Szołtysik to jego nieletni... syn

Trenerowi nie spodobało się, że Pohl zamówił piwo (są zresztą rozbieżności czy do obiadu, czy do śniadania). Niepokorny piłkarz zignorował polecenie trenera i nie skończyło się na trzymiesięcznej dyskwalifikacji. Pohl był "spalony" u Koncewicza i kolejnych powołań już nie dostał.

Słabość Pohla do alkoholu nie była tajemnicą. Do tej pory krążą anegdoty o tym, jak silną miał głowę. Młodsi koledzy z boiska podkreślali, że w słynnej ripoście Pohla: "Ernest pije, ale Ernest gro" nie było krzty przesady. Imprezował, ale na boisku nie było tego widać.

Poza tym nie można oceniać go stosując dzisiejszej miary. Ludowa władza śmierdziała alkoholem. Picie było nie tyle dobrze widziane, co wręcz wskazane. Przy kieliszku zacieśniano współpracę i rozwiązywano problemy. Coraz więcej piła władza, a ta obyczajowość przenosiła się na życie prywatne. 

To Pohl wprowadzał do zespołu Górnika takich piłkarzy jak Włodzimierz Lubański czy Zygfryd Sołtysik. Tak opowiada o tym Lubański na łamach swoich wspomnień: "Na zgrupowaniu w Jeleniej Górze zjawił się w naszym pokoju Pohl i mówi: - No, chłopcy, dzisiaj macie szansę. My będziemy czekać w pokoju a wy (był jeszcze młody Waldemar Słomiany) macie godzinę czasu by pójść i coś kupić. Poszliśmy z Waldkiem do miasta i przynieśliśmy kilka butelek wódki i wina. Kiedy stawiliśmy butelki na stole, mina Ernesta zdradzała coraz większe zadowolenie". 

W przypadku Szołtysika, jak wieść niesie, podczas pierwszego treningu w Zabrzu został on uznany za... nieletniego syna Pohla i potraktowano go jako maskotkę drużyny!

"Był geniuszem, jednym z najlepszych piłkarzy w historii naszego futbolu. Różnica między nim a całą resztą polegała na tym, że on grał w piłkę, a my biegaliśmy. Podawał nam na nos. Miał jeszcze jedną niezwykłą umiejętność. Patrzył w lewo, ale podawał w prawo. Albo odwrotnie. Przeciwnicy nie mogli się w tym połapać" - mówił Lubański, cytowany przez "Rz". 

"Pohl, który był starszy o 15 lat, darzył mnie sympatią. A ja bywałem zły i wstydziłem się przed nim, że zmarnowałem jakieś podanie. A on mówił: 'Synek, to żeś zadupczył, ta sytuacja to nic. Ważne, żeś ją mioł. Prędzej czy później strzelisz'. Takie słowa w ustach najlepszego piłkarza dodawały mi wiary. Jak się ma 16 lat, to ważne" - stwierdził Lubański.

"Nie mam za co żyć"

Nie ma sensu dywagować, o ile więcej Pohl osiągnąłby dzięki abstynencji zwłaszcza, że to nie alkohol, a polityka zablokowała jego karierę. Chciały go wielkie firmy - Real Madryt i AS Roma, ale podczas "zimnej wojny" taki transfer nie był możliwy. Wyjechał dopiero w 1968 roku, jednak gra w Polonii Nowy Jork czy Vistuli Garfield była już tylko zabawą. Pohl dorabiał tam zresztą pracując fizycznie.

Gdy wrócił, nie mógł liczyć na odcinanie kuponów. - Kiedy byłem trenerem Górnika, przyszedł do mnie Ernest i powiedział: "Hubert, ja nie mam za co żyć" - wspomina Hubert Kostka w dokumencie "Ostatni mecz Ernesta Pohla".

Przez kilka sezonów był asystentem trenera, a w 1990 roku wyjechał, śladem rodziny, do Niemiec. Polska niewiele mogła mu zaoferować. Zmarł 12 września 1995 roku w niemieckim Hausach na raka trzustki. Górnik znalazł jednak sposób, aby uhonorować jednego z najlepszych polskich piłkarzy - od 2005 roku stadion w Zabrzu nosi jego imię.

"Myślę, że Ernest jest na pewno w piątce najlepszych polskich piłkarzy w historii" - mówił Stanisław Oślizło, inny legendarny gracz Górnika. "Ernest był piłkarzem... po prostu doskonałym. Miał wszelkie walory techniczne niezbędne wybitnemu zawodnikowi. Ten talent potrafił wykorzystać na boisku. A rzadko bywało, żeby siedział na ławce rezerwowych, chyba że z powodu kontuzji" - dodał.

Ernest Pohl

(3 listopada 1932 r. w Rudzie Śląskiej)

1945-1952 Slavia Ruda Śląska
1952-1953 Orzeł Łódź
1953-1956 CWKS Warszawa
1957-1967 Górnik Zabrze
1968-1969 Polonia Nowy Jork
1969-1970 Vistula Garfield
Reprezentacja Polski: 46 meczów/39 bramek

Sukcesy:

dziesięciokrotny mistrz Polski, trzykrotny król strzelców polskiej ligi, trzykrotny zdobywca Pucharu Polski, olimpijczyk z Rzymu, najlepszy strzelec wszech czasów w Ekstraklasie (186 goli).

Mirosław Ząbkiewicz, Pawo

Reklama

Reklama

Reklama